3
Na wstępie muszę powiedzieć, że moją empetrójkę opanowały starocie. Stare, piękne hity, które odkrywam z niezwykłym wręcz wzruszeniem, jakbym na nowo odkrywał ważne kawałki siebie z dzieciństwa. Nic nowego mnie tak nie rusza jak utwory, które kiedyś słuchałem bez ustanku, by je następnie zapomnieć. Dzisiaj będzie ich kilka, bo trzeba je pamiętać.
Wouldn’t It Be Good – tutaj trochę pokrętnie przypomniałem sobie ten utwór, bo dzięki bardzo charyzmatycznej przeróbce wykonanej przez Placebo. Tym niemniej dopiero oryginał Nika Kershawa przypomniał, dlaczego kawałek jest taki dobry. Świetny, prosty, diabelnie szybko wpadający w ucho motyw muzyczny, dzięki któremu treść utworu mogłaby nie być najlepsza, a on wciąż byłby świetny. A że i tekst jest co najmniej zastanawiający (i ma genialny refren), to jest to klasyk na szóstkę.
Lonely Day – jak nie znoszę System of A Down, tak ten kawałek mnie grzmoci wewnętrznie i zewnętrznie. Porządna rockowa robota bez grama amatorszczyzny, z prostym, trochę przygnębiającym, ale niezłym tekstem.
‘74-’75 – Wszyscy znają ten kawałek The Connels, nawet jeśli samą grupę niekoniecznie (zresztą, podobnie jak ja). Delikatna muzyka, równie przyjemny i delikatny wokal, a treść świetna. Utwór na wieki.
Plus, jeszcze jeden rockowy klasyk, na szybko: Lady in Black. Absolutnie genialna gitarowa zagrywka.
Trochę mnie przeraża, że ostatnio nic nowego, a naprawdę dobrego do mnie nie trafia. Okej, jestem zachwycony Ewą Farną, ale to podobny rodzaj zauroczenia, jak w przypadku SoKo. I na tym zakończmy sprawę, nastęnym razem, mam nadzieję, nie będę musiał też pisać tylko o klasykach.
PS Jakby nic Wam nie podpasowało, to dźwięk burzy z deszczem na pewno załatwi sprawę.
Kultura, Muzyka 3 Komentarze
2
Wpis sponsorowany, ale opinia już nie. :) Co jest ważne o tyle, że po seansie stwierdziłem, że “Awatar” to film, który zdecydowanie warto obejrzeć. Niewiele jest jeszcze dzieł kinematografii, które są w stanie podobnie zaczarować światem, niczym te, które miałem okazję widzieć w okresie wczesnego dzieciństwa. Tymczasem “Awatar” jest takim filmem – i już za to jego twórcom, reżyserowi Cameronowi, należy się chwała.
Seans w IMAX-ie zaczął się efektami z prawie wysokiej półki – 3D było widać :-), gdy główny bohater filmu, były marine Jake Sully wybudził się z hibernacji, przyleciał na obcą planetę, by pomóc wojsku wydobyć jej bogactwa naturalne… Był tylko jeden problem – Jake Sully, w wyniku wypadku, był kaleką i poruszał się na wózku inwalidzkim. Dlatego oczywiste jest, że nie złapał po prostu za karabin i nie począł wystrzeliwać tubylców. Dostał dużo ciekawsze zadanie – miał sterować tzw. “awatarem”, połączeniem niebieskiego tubylca z ludzkimi genami. Taka istota jest wyczuwalna dla tubylców jako obcy, ale jednak daje możliwość jakiejkolwiek integracji. Która jest konieczna, bo podbijany przez ludzi świat jest bardzo niebezpieczny…
Oczywiście nie będę zdradzał fabuły filmu, które w zasadzie jest jednym mankamentem filmu. Nie jest zła, ale jest przewidywalna, schematyczna i w zasadzie prosta. Nie zostało tu wymyślone praktycznie nic nowego – jakbyśmy żyli w takich czasach, w których znane nam jest wszystko i można tylko rozbudowywać klasyczne motywy walki dobra ze złem.
Ale… film wciąż jest zdecydowanie godny uwagi i urzekający. Z racji świata i istot, jakie został wytworzone na jego potrzeby. Jak wspominałem, zdecydowanie nie widziałem równie przekonującej wizji magicznego świata od czasów dzieciństwa – a z racji, że bardzo dużo filmowego czasu poświecono na jego przedstawienie, to warto by skupić się chociażby tylko na nim.
Dodatkowo można się zachwycić wieloma smaczkami, jakie widoczne są tylko dla tzw. dojrzałego widza, hollywoodzką (a więc niezawodzącą) grą aktorską i banalnym, ale przyjemnym wątkiem miłosnym. Nie wiem, czy można film uznać za arcydzieło – raczej nie, bo nie jest, uczciwie mówiąc, w żadnym calu, poza efektami, nowatorski. Mimo wszystko zdecydowanie warto go obejrzeć. I najlepiej w 3D, bo Awatar to jeden z tych filmów, w których to 3D naprawdę widać.
Film, Kultura 2 Komentarze
+
Tagi: avatar,
awatar,
cameron,
Film,
imax
Wpis sponsorowany – już dzisiaj o godzinie 21 macie okazję porozmawiać na chacie ze wspomnianym w ostatnim wpisie “magikiem od filmów 3D”, który pracował przy “Awatarze”. Z pewnością może on przekazać wiele ciekawych informacji odnośnie techniki kreowania obrazów “prawdziwie 3D”, różnic pomiędzy nią a “zwyczajnymi” efektami specjalnymi. Pamiętajmy w końcu, że dzisiejsze filmy pokazywane w IMAXie to już nie tylko kilka planów obrazu, ale wielopoziomowa głębia, dzięki której widz naprawdę może poczuć się jak “w obrazie”. Ciekaw jestem, jak to wygląda w “Awatarze”, bo dotychczas – w filmach, które widziałem podczas seansu trójwymiarowego – był to zwykle albo mały dodatek (niewykorzystany w pełni), albo prezentacja samych możliwości techniki.
Chat odbędzie się na odpowiedniej podstronie kina IMAX. Zadawajcie pytania – autorzy najciekawszych mogą dostać wejściówki na przedpremierowy seans filmu, który odbędzie się już jutro.
Film, Kultura Dodaj komentarz
3
Tagi: avatar,
awatar,
cameron,
Film,
imax
Wpis sponsorowany – dotychczas takich unikałem, bo nie otrzymałem wcześniej propozycji, która w pełni byłaby związana z moimi zainteresowaniami, a co za tym idzie, tematyką “kulturową” tego bloga. Ale to się zmieniło, dlatego chciałbym uprzejmie ogłosić, że pozwoliłem sobie sprzedać trzy wpisy na tej stronie w zamian za zaproszenie na pokaz filmu “Awatar” w IMAX-ie i odpowiednie wynagrodzenie – i tak tę wielką superprodukcję Camerona musiałbym zobaczyć, więc bardzo przyjemnie się złożyło. Jednym z elementów programu jest opisanie wspomnianego filmu po seansie – ale chyba nikt nie wątpi w to, że i tak bym to zrobił. :)
Dodatkowo zostałem zobligowany do poinformowania Was o całkiem ciekawej inicjatywie, jaką jest chat z magikiem od filmów 3D, który pracował przy “Awatarze”, który odbędzie się w poniedziałek 21 grudnia o godzinie 21:00. Więcej informacji o tej inicjatywie można znaleźć na witrynie IMAX‘a, temat niebieskich ludzików jeszcze powróci. Co najmniej dwukrotnie. ;-)
Film, Kultura 3 Komentarze
2
Minęły już dwa pełne miesiące studiowania, więc wypadałoby coś naskrobać. Gwoli przypomnienia, wpadłem na Wydział Informatyki Polsko-Japońskiej Wyższej Szkoły Technik Komputerowych, którą to uczelnię dość dokładnie poznałem w okresie licealnym (wyjścia i zwiedzanie, a nawet szkolenie), dzięki czemu mogłem… się zachwycić. Co mi się podobało? Dobry sprzęt, motywy z Japonii ;-), informatyka na poziomie praktyki, a nie tylko i (prawie) wyłącznie teorii, wydająca się przyjazną atmosfera, czy wreszcie wydziały artystyczne i kulturowo-japońskie, które dają jakąś nadzieję na względną chociaż normalność. Co mi się nie podobało, to oczywiście pieniądze, jakie trzeba uczelni oddawać… Co się na pewno zwróciło, dzięki temu, że udało się dostać pewne miłe stypendium unijne. ;-)
A teraz, konkrety. Jeśli chodzi o poziom merytoryczny, jestem jak na razie bardzo zadowolony – nauka zaczęła się od ostrego katowania programowania (w moim przypadku w zasadzie tylko zaliczania ćwiczeń/projektów, ale zdecydowanie nie przyszedłem tutaj, w końcu, na świeżo). Matematyka, która nie jest moją bardzo mocną stroną – nad czym od zawsze ubolewam – jest tutaj prowadzona w taki sposób, że jest niezwykle interesująca (przynajmniej ta dyskretna ;-). Tzw. “odchamiacze” to Podstawy Prawne Biznesu oraz Historia i Kultura Japonii – oba przydatne, to drugie prowadzone przez przesympatycznego Japończyka, niestety po tych dwóch miesiącach już tak się nie wysypiam, że niespecjalnie uczęszczam na wykłady zeń. Obiecuję sobie poprawę – szkoda tylko, że już niewiele czasu zostało do końca semestru.
Sprzęt, na który się wcześniej napatrzyłem, jest dobry, ale… nie ma jak się nim pobawić. Przynajmniej na razie. Komputery dostępne w salach, są, hm… wystarczające do tego, co na nich robimy, więc do niczego wymagającego. Maki, na których pracowałem podczas szkolenia z grafiki na potrzeby Internetu, nie są dla nas dostępne (intuicja mi mówi, że to się może zmienić, kiedy będziemy mieli przedmioty związane z grafiką). Podobnie studio nagraniowe (podobne tyle osób/zespołów tam wali, że dostanie się graniczy z cudem), nie wspominając o jakże efektownych robotach czy skanera 3D, których w tym roku nie miałem nawet okazji zobaczyć. Może z czasem, gdy się poorganizuję na tyle, żeby pochodzić na spotkania ciekawych kółek/dodatkowe zajęcia, sytuacja się zmieni. Najpóźniej w II semestrze, bo dlaczego by nie?
Szkoła daje wielką szansę nauczenia się języka japońskiego – niestety, w wyniku perturbacji organizacyjnych, jak podejrzewam, będzie to możliwe dopiero od wspomnianego II sema – nie ma mowy, żebym odpuścił taką okazję.
Cały czas też zastanawiam się (obecnie wciąż tylko zastanawiam – ech ;-), czy możliwe jest dopisanie do zajęć odbywających się w ramach nauki na Sztuce Nowych Mediów (czyli wylęgarni artystów), bo nigdy nie uważałem się za stricte ścisły umysł, przez co moja pasja tworzenia i kreacji nie ma gdzie się realizować. Kodzenie, kodzenie, kodzenie… ile można kodzić?
Wszystko to wiąże się z powrotem do trudnego, bo szkolnego trybu życia, który pomimo baaardzo znacznego ułagodzenia – czasem da się odpocząć ;-) – wciąż jest męczący i dla mnie antyproduktywny, przez co moje projekty suną baardzo powoli, żeby nie powiedzieć, że cały czas na etapie koncepcyjnym. Samo projektowanie bardzo mnie zajmuje – dopracowuję różne szczegóły tygodniami, chociaż już dawno mógłbym/powinienem był zacząć działać. Bo ja wiem, chyba mi muzy/motywacji brakuje?
Przemyślenia 2 Komentarze