5
Tagi: anime
Wielki plan oglądania #anime jak na razie zdaje egzamin i zdecydowanie nie rozczarowuje, a na dodatek prowadzi do nowych wniosków – to, że dzieła japońskich animatorów potrafią pokonać dzieła rodem z Hollywoodu w każdej dziedzinie (chociaż nie ma tu terminu “gry aktorskiej”), to wiedziałem już od dawna, ale że bardzo często są to absolutne arcydzieła, którym podobnego, trudnego i abstrakcyjnego myślenia nie sposób przedstawić żadnych normalnych filmów? Moim zdaniem filmy anime są po prostu niesamowite.
Kończę przydługawy wstęp i zaprezentuję teraz wraz z krótkimi opisami anime, jakie prześledziłem podczas świątecznego odpoczynku.
Ghost in the Shell
Absolutny klasyk, z którym jednak dopiero teraz się zetknąłem – mroczna opowieść ze świata przyszłości, w której od dawna żyją androidy i nie da się w zasadzie odróżnić ich od ludzi, zwłaszcza że oni, podobnie jak my obecnie, zastananawiają się nad sensem swojego istnienia i własnym człowieczeństwem. Głównym bohaterem filmu jest major Motoko Kusanagi, która ma za zadaniem, wraz ze swym oddziałem dorwać niejakiego Władcę Marionetek – ów twór potrafi kontrolować działania androidów, co czyni go niezwykle niebezpiecznym.
Seans jest naprawdę niesamowitym przeżyciem, specjalnie dla oryginalnej płytki tego tytułu zamówiłem pack od IDG. W kolejce “do zobaczenia” mam teraz przede wszystkim drugą część filmu (“Innocence”) i dwa sezony serialu “Stand Alone Complex”. Bezwzględnie polecam, zwłaszcza, że posługując się reklamowymi tekstami z opakowania DVD, GITS był inspiracją do utworzenia Matriksa.
Death Note
Znany u nas między innymi pod postacią wciąż wydawanej przez JPF mangi, dzięki której zresztą zetknąłem się z tym tytułem – ale nie mogąc wytrzymać oczekiwania, czym prędzej sięgnąłem po anime i przeleciałem całą serię. Tematem serii jest pojawienie się w świecie ludzi Notesy Śmierci, dzięki którym można bezproblemowo zabijać dowolne ilości ludzi, znając tylko ich twarze, imiona i nazwiska. W DN Notes trafia do Light’a – niezwykle inteligentnego nastolatka, postanawiającego za jego pomocą zmienić świat na lepsze. Seria zachwyca przede wszystkim rewelacyjną walką charakterów, dogłębnego planowania i próbami przewidzenia ruchów przeciwnika pomiędzy Lightem a L’em – innym nastoletnim geniuszem, który będąc totalnym odludkiem jest dodatkowo najlepszym detektywem w historii świata.
Chaos;Head
Anime, które dopiero co się zakończyło, bardzo niekonwencjonalne i wciągające. Jest to opowieść o losach (kolejnego, ale cóż – ‘młodzieńczy’ wiek jest bardzo lubiany przez japońskich twórców) nastolatka, który odseparował się od świata, żyjąc w blaszanej budce na dachu jakiegoś wieżowca, grając non-stop w ulubioną grę sieciową i oglądając ogromne ilości… anime. Bez zdradzenia większej części fabuły nie da się powiedzieć ogólnie “o czym to jest”, ale myslę, że sama kreacja głównego bohatera jest na tyle ciekawa, że warto obejrzeć serię.
Elfen Lied
Najkrócej możnaby o tym tytule powiedzieć: półnagie laski z dziwnymi uszkami (konkretniej – rogami), ich wielkie moce, a co za tym idzie – ogromna ilość krwi, młody, trochę niezdarny, ale uczciwy chłopak, podrywająca go kuzynka… Dzieje się bardzo dużo, ale jest to bardzo porządne anime opowiadające o całkiem poważnych sprawach. Warto obejrzeć, chociaż może niekoniecznie, jeśli ma się awersję na wszystko, co ma jakiś związek z miłostkami. :)
Film 5 Komentarze
+
Tagi: gears of war,
Gry
Wpis poradnikowy, takie też wydaje mi się muszą istnieć dla żądnych rozwiązań swoich problemów ludzi grzebiących po Googlach. Sprawiłem sobie ostatnio tytuł Gears of War – X360′wy hit, który mnie zassał, porwał i nie daje odpocząć – zostałem ostatecznie przekonany, że zwykłe gry akcji, w których zwykle się nie odnajdywałem, to jest to. To już tylko kwestia czasu, gdy spróbuję się z serią Call of Duty czy innymi GTA.
Okazuje się jednak, że świetne tytuły także mogą mieć maksymalnie okrutne wady techniczne. I to na polu, wydawałoby się pokonanym dawno temu – zapisach stanu gry. Pewnego razu skillowałem grę bez myślenia skrótem Alt+F4, by po powrocie doń zastać komunikat, że żadnych save’ów nie mam. Zawrzało we mnie, w Google zagulgotało. Nie było zbyt optymistycznie.
W końcu jednak znalazłem rozwiązanie tego problemu – okazało się ono być stosunkowo proste dzięki checkpointowej budowie gry.
Mianowicie, aby po niemożliwości wczytania zapisów nie zaczynać gry od nowa, tylko od dowolnego rozdziału (podrozdziału), należy dostać się do katalogu X:/Program Files/Microsoft Games/Gears of War/WarGame/Checkpoints, następnie zmienić tymczasowo nazwę pliku chapter0.sav na dowolną inną, potem odnaleźć plik checkpointa, do którego chcemy wrócić, zamienić jego z kolei nazwę na chapter0.sav. Teraz wystarczy wejść do gry, wybrać w menu Kampanię, następnie opcję przejścia do “wcześniejszego poziomu” i wybrać pierwszy rozdział gry. Zamiast niego załaduje się ten, którego nazwę zmieniliśmy. Teraz wystarczy dobrnąć do następnego checkpoint’a, a gra będzie ładnie zapisywała poziomy od miejsca, w którym skończymy.
Jak widać, sposób nie jest idealny, bo wymaga odgadnięcia numeru “odcinka”, przy którym straciliśmy zapisy – ja sam testowałem 5 kolejnych, zanim trafiłem na swój upragniony. :) Mimo wszystko w stu procentach działa i mam nadzieję, że pomoże w szybszym uporaniu się z problemem sfrustrowanym graczom, zanim nie sfrustrują się na dobre.
Oczywiście sposób można równie dobrze wykorzystać do rozpoczęcia gry na przykład od ostatniego aktu gry, jeśli ktoś miałby taki kaprys ;).
Co do samego błędu… Głupi jakiś, prawda? Moim zdaniem problem leży w przekombinowanej obsłudze profili graczy w usłudze Games for Windows Live (który działa “offline’owo” w Gearsie i obsługuje właśnie m.in. zapisywanie stanu gry), która to sypie się, jak widać, podczas “zabijania” aplikacji bez grzecznego wyjścia przez opcje gry.
Gra jest zdecydowanie warta świeczki i wspomnianej lekkiej kombinacji, mimo wszystko. :)
Gry Dodaj komentarz
+
Tagi: 3d,
filmy,
Gry
Wreszcie się pojawił zrealizowany na zlecenie Capcomu film RE: Degeneration, związany fabularnie z japońską serią gier z podgatunku survival horror (uwaga, nie filmów!) Biohazard. Wykonany jest podobnie jak squaresoftowski Final Fantasy VII: Advent Children, tj. całkowicie w technologii CG (3D podobne do Shreka). Powiem wprost: jest bardzo podobny zarówno w wykonaniu, jak i treści do wspomnianego tytułu. Pokazuje, że japońscy twórcy to absolutni mistrzowie w kontekście technologii filmów trójwymiarowych, jednocześnie udowadniając, że w takich filmach nie jest dla nich najważniejsza fabuła, ale właśnie ta technologia.
RE: Degeneration opowiada akcję dziejącą się po 3ciej części gry, tzn po zniszczeniu Racoon City i wyelimininowaniu organizacji Umbrella, odpowiedzialnej za wypuszczenie wirusa (ów) zmieniających poczciwych ludzi w zombie. Główni bohaterowie to Claire Redfield i Leon S. Kennedy, których łączy to, że oboje przeżyli jako jedni z nielicznych pogrom wspomnianego wyżej miasta.
Osią fabularną są ataki organizacji terrorystycznej, która żąda ujawnienia powiązań rządu z nieistniejącą już Umbrellą – niezależnie od ceny. Wskutek braku spełnienia ich żądań sami rozpuszczają wirusa, “zombifikując” niewinnych ludzi, którzy z kolei zarażają kolejnych. Wszystko w roli prawdy – film, choć w zasadzie dość banalny fabularnie, stawia chociaż takie pytanie o etykę działań.
Tyle konkretów, czas by zająć się wrażeniami. W trakcie seansu ma się stałą opinię “to jest zajeb***e!”, która przechodzi dopiero chwilę po upływie tych 1,5h. Dlaczego? Ano dlatego, że film jest niezwykle szybki, ma pasjonującą akcję i prezentuje naprawdę ostre sceny walk czy przeżyć bohaterów. Jak wspomniałem, Japończycy to moi osobiści mistrzowie CG właśnie dzięki temu, że ich filmy tak wymiatają – nie widziałem podobnych dzieł twórców z żadnego innego kraju.
Odnoszę jednak wrażenie, że panuje tu całkiem odmienna koncepcja w stosunku do tej prezentowanej w aktualnych tytułach anime – fabuła ma naprawdę marginalne znaczenie i służy tylko dla zachowania jakiegoś sensu przeplatających się scen. Ale czy to wada? RE: Degeneration, jak i uprzednio FF7: Advent Children pokazuje, że jest miejsce i na taką sztukę – ostrą, szybką, brutalną, niewymagającą zbyt wiele od oglądającego. Jednocześnie szalenie atrakcyjną i przyjemną. Dlatego też mnie RE: Degeneration nie rozczarował i podaruję mu ocenę 7+/10.
Film, Gry Dodaj komentarz
+
Tagi: fallout,
Gry,
Internet

Zaczynając ten tekst wypada wspomnieć, że „Fallout” to nie tylko wyraz, to nie tylko gra komputerowa, to nie tylko tytuł mający na stałe wykupione miejsce w klasyce najlepszych gier – to legenda. Legenda opisująca wspaniały, chociaż mroczny, brudny i brutalny świat. To coś wyjątkowego, niepowtarzalnego, wychodzącego poza granice wszelkich mediów – to arcydzieło, jakich mało! Przy tym fakt, że owo powstało w stosunkowo niewielkim objętościowo i wyszydzanym rodzaju rozrywek, jakim są gry komputerowe, tym bardziej robi wrażenie.(…)
Innymi słowy, uruchomiony został serwis dotyczący między innymi trzeciej częsci Fallouta w ramach Strefy RPG, którego oto jestem naczelnym – jeśli jesteście zainteresowani moją recenzją, wszelakimi materiałami czy newsami dot. F’a, serdecznie zapraszam!
General, Gry, Inne, Kultura Dodaj komentarz
2
Nie wiem jak Wy, ale ja jestem już trochę zmęczony komputerem. A dokładniej, nie nim samym (bo to, że przy nim siedzę i będę siedział, jest oczywiste), ale jego skomplikowaniem w obsłudze. Po naoglądaniu się Maków czy konsoli czasem mam serdeczną ochotę na powywalanie tych łindołsowych okienek, pochować masę opisów i zamiast tego wrzucić proste, ładne listy i przyjemny interfejs. Bo przecież do takich czynności jak odpalenie filmu czy gry, przejrzenie zdjęć, czy nawet dla surfowania po Internecie, nie potrzeba całego stosu windowsowych kontrolek.
Oczywiście, nie pomyślałem o zmianie pieca na coś innego do prostszych zastosowań (mimo wszystko szkoda mi wydawać kasę na dedykowany do czegokolwiek dodatkowy sprzęt), ale na dostosowaniu piecyka do bycia centrum multimedialnym, kiedy tego potrzebuję.
I muszę przyznać, że to nie lada problem. Zacząłem myśleć o jakimś Media Center – czy to programie, czy systemie – i przeszedłem już sporą liczbę dystrybucji i ciężko o cokolwiek sprawnie działającego i bezproblemowo (skończyłem na Media Portalu, ale jest niestety strasznie chaotyczny i dziwnie “skoczliwy” w obsłudze). Zaskakujące – masa ludzi też przecież szuka takich rzeczy, a jak przychodzi co do czego, to ciężko zdobyć coś konkretnego.
Wypadałoby pewnie ruszyć się i samemu naskrobać wymarzone, maks. proste MC. Bo osobiście uważam, że siąście z padem (pilot w planach ;) i pooglądanie sobie na monitorku telewizji (tuner także ;)), filmów, posłuchanie muzyki czy przejrzenie zdjęć poza byciem idealnym rozwiązaniem dla wszelakich ludzi nieobytych z pecetami jest po prostu wygodniejsze także dla reszty. Bo po przeklikaniu tej całej biblioteki multi nawet maniacy łindołsów i innych kobył są zmęczeni i mają chęć na nic innego, jak na oddanie się przyjemnościom z wygodnego fotela/kanapy bez konieczności trafiania w ikony 32×32.
PS: Media Center Vistowskiego nie testowałem, ale nie będę rezygnował z brzydkiego (nie tak strasznie oczywiście, bo zthemowanego, ale jednak), klasycznego XP na rzecz tego tworu tylko dla multimediów.
PPS: O Makach wspomniałem poniekąd na wyrost, ale tendencja Apple’a do uśliczniania każdego możliwego elementru interfejsu, duuże ikonki i ładne paski pewnie sprawiłyby, że przestałbym narzekać na jakiś czas na odpalanie filmów. (Ale z hackintoshkiem mam małe problemy.)
Oprogramowanie, Przemyślenia, Sprzęt 2 Komentarze