2
Tagi: anime,
ergo proxy,
manga,
neon genesis evangelion
Co jakiś czas nachodzą mnie rozterki na temat wspomnianego w tytule pytania – lepsza jest manga, czy może anime? Bo o ile w większości odwiecznych konfliktów można było zwykle powiedzieć “to są zupełnie inne rzeczy”, to w wyżej wspomnianym przypadku raczej tak łatwo nie pójdzie. Bo oba rodzaje form sztuki są ze sobą bardzo blisko związane.
Dlaczego stawiam takie pytanie? Z prostego powodu – finansowego. Wielokrotnie zastanawiam się, czy kupić tomik mangi, czy odpowiadające mu anime. Ciężko sobie pozwolić i na to, i na to (chociaż kiedyś mam w planach zafundowanie sobie pięknych, wypełnionych półeczek i tomikami, i DVD/Blu-rayami), dlatego trzeba wybierać.
Jak dla mnie podstawowym rozwiązaniem powyższej kwestii jest proste wyrażenie – lepsze jest to, co było pierwsze, bo adaptacje (prawie) zawsze są gorsze. Tą zależność ukazuje wiele serii – chociaż zasadniczo fabuła itd tak samo, to często jednak się czuje, że w pierwowzorze wyglądało to lepiej. A że pierwowzorami zwykle są mangi, z racji teoretycznie mniejszych kosztów produkcji – sprawa wydaje się prosta.
Przedstawiając założenie, że manga jest lepsza, trzeba przyjąć bardzo wiele czynników. Na przykład pomyślmy o tytułach, które w Polsce uważane są za treści dla dzieci – stosunkowo proste, ale przecież nie aż tak, Dragon Ball czy Naruto. W przypadku mangi tytuły te są naprawdę wciągające, mają w sobie wiele gagów, a w przypadku anime doszła taka kwestia jak… głosy. Piszczące dubbingi, małe dziewczynki w roli potężnych herosów – takie rzeczy skutecznie zepsują każde dzieło.
Gwoździem do trumny tutaj jest chociażby polskie tłumaczenie anime Naruto – bardziej skopać się tego nie dało. Ale jak się robi produkcję pod Cartoon Network…
Poza tym mangi zwykle są… ładniejsze od anime (pomijając kolorki, których z oczywistych powodów w komiksach nie ma). Szczegółowe rysunki wykonane przez prawdziwych artystów są zdecydowanie przyjemniejsze w odbiorze niż często zajechane konwersjami filmy.
Kolejną budzącą rozróżnienie cechą jest dynamika akcji. W przypadku japońskich komiksów nie jest to jednak sprawa oczywista z uwagi na to, że twórcy mang opanowali ogromne ilości technik przedstawiających ruch, dzięki czemu ich dzieła są wcale nie mniej żywe niż ich adaptacje filmowe.
Nie spieszyłbym się jednak z wydawaniem werdyktu. Bo w końcu adaptacje mogą iść także w drugą stronę i ukazują brakujące cechy mang.
Tutaj przytoczę dwie serie – Neon Genesis Evangelion i Ergo Proxy. Obie zostały wydane pierwowzorem jako animacje, a EP dodatkowo nie został, z tego co mi wiadomo, przekształcony na mangę.
Mimo wszystko chyba nawet nie powinny być. W przypadku NGE surowa koncepcja japońskiego komiksu zabiła widoczne w oryginale, kontastujące za sobą kolory, dodatkowo fabuła została trochę spłycona i pozbawiona wątków, a co gorsza… utracono muzykę i dźwięki. W żadnym innym dziele tak mi ich nie brakowało – w Evangelionie tak operowano tym, co słyszymy, że czytając później mangę słyszałem je w sobie.
Co do Ergo Proxy – dopiero zacząłem oglądać tą produkcję, więc powiem tylko tyle, że jest przepełniona efektami (prawdziwe “anime HD”) – niezależnie od tego, czy są to efekty 2D czy 3D, jest diabelnie dynamicznym anime i przedstawianym w taki sposób, że bardzo nie chciałbym prób spłycenia tego na białą kartkę. Zupełnie inny poziom akcji niż w przeciętnych m&a ma swoje konswekwencje.
Czyli mamy co najmniej kilka cech – niekonwencjonalne metody przedstawiania akcji, niemożliwe do odwozorowania w mangach, muzykę oraz dźwięki. Chociaż być może wygląda to trochę biednie, w dobrze zrealizowanych filmach potrafią one być decydujące.
W mojej opinii nie można jednoznacznie stwierdzić wyższości mangi nad anime albo odwrotnie. Wygrywa to dzieło, które jest pierwowzorem, niezależnie od formy. Wynika to z najstarszych praw rynku – nigdy żaden tytuł nie okazał się lepszy – albo choć tak samo dobry – jak oryginał. Tworzenie adaptacji jest trudne i ten, kto osiągnie jej wysoki poziom, na pewno zgarnie sławę i fortunę – zakładając, że jest to możliwe.
Wniosek? Ciężko to wszystko sprowadzić mimo wszystko do jednego punktu. Najlepiej jednak takiego konfliktu nie przeprowadzać i kupować to, co jest pierwsze. Czyżby wypadałoby więc połączyć półkę z mangami i anime w jedno? Być może. W końcu niekonwencjonalne podejście przy japońskich tytułach jest wręcz konieczne.
Film, Komiks, Literatura 2 Komentarze
2
Tagi: autoblogowanie,
znużenie
I drążę.
Od jakiegoś (dłuższego) czasu odczuwam spore zwątpienie i znużenie. Nie powiem „czym”, bo nie jest to takie proste – ogólnie rzecz biorąc można by powiedzieć, że życiem. Zapewne jest to stosunkowo normalne podczas w klasie maturalnej – po kiepskim liceum ma się kiepskie i niekoniecznie zachęcające wyniki, jest to kolejny już rok totalnego niewysypiania się (w święta budziłem się koło ~14 – ciekawe dokąd dojdzie ten zegar biologiczny) i nikt mi nie dał nawet roczku odpoczynku przed tym tzw. „najważniejszym egzaminem w życiu”.
Ale kwestia znużenia nie tyczy się, niestety, tylko i wyłącznie kwestii edukacyjnych. Jestem rozczarowany coraz większą ilością rzeczy – od własnego lenistwa, które przekracza wszelkie granice (zwalam to na ciągłe niewyspanie, ale długo nie da się nie odczuwać własnej wartości), po wynikające z niego jedynie malutkie postępy w projektach takich a owakich, przez ludzi, kobiety i inne takie miłostki czy wartości moje, które wesoło i jako-tako ustandardyzowane żyły sobie przez te naście lat wraz ze mną.
Od jakiegoś czasu bawią mnie jedynie… bodźce, bo bez nich coraz bardziej się zagrzebuję w ziemi i z niej nie wyłażę (czując się przy tym, rzecz jasna, coraz gorzej). Innymi słowy, wędruję na rozmaite imprezy w poszukiwania życia (ale życie daje kopa), szukam znajomości takich i owakich i staram się nie stronić od takich wydarzeń jak spotkanie Blipa czy wypad gdziekolwiek z kumplami, żeby się odkopać. Mimo wszystko, bodźce są krótkotrwałe i w obliczu coraz wyższych wymagań coraz bardziej rozczarowujące.
Złośliwi mogliby powiedzieć, że dojrzewam, bo jeszcze jestem młody i „całe życie przede mną”, ale po prawdzie, to już mam zdeczka tego dojrzewania trochę po dziurki w nosie.
PS: Notka ekshibicjonistyczna, bo pisanie w strukturze „co mnie interesuje, niech zainteresuje i was” też zaczyna mnie męczyć, nużyć i doprowadzać do zwątpienia. Ech, ech.
Przemyślenia 2 Komentarze
5
Tagi: anime
Wielki plan oglądania #anime jak na razie zdaje egzamin i zdecydowanie nie rozczarowuje, a na dodatek prowadzi do nowych wniosków – to, że dzieła japońskich animatorów potrafią pokonać dzieła rodem z Hollywoodu w każdej dziedzinie (chociaż nie ma tu terminu “gry aktorskiej”), to wiedziałem już od dawna, ale że bardzo często są to absolutne arcydzieła, którym podobnego, trudnego i abstrakcyjnego myślenia nie sposób przedstawić żadnych normalnych filmów? Moim zdaniem filmy anime są po prostu niesamowite.
Kończę przydługawy wstęp i zaprezentuję teraz wraz z krótkimi opisami anime, jakie prześledziłem podczas świątecznego odpoczynku.
Ghost in the Shell
Absolutny klasyk, z którym jednak dopiero teraz się zetknąłem – mroczna opowieść ze świata przyszłości, w której od dawna żyją androidy i nie da się w zasadzie odróżnić ich od ludzi, zwłaszcza że oni, podobnie jak my obecnie, zastananawiają się nad sensem swojego istnienia i własnym człowieczeństwem. Głównym bohaterem filmu jest major Motoko Kusanagi, która ma za zadaniem, wraz ze swym oddziałem dorwać niejakiego Władcę Marionetek – ów twór potrafi kontrolować działania androidów, co czyni go niezwykle niebezpiecznym.
Seans jest naprawdę niesamowitym przeżyciem, specjalnie dla oryginalnej płytki tego tytułu zamówiłem pack od IDG. W kolejce “do zobaczenia” mam teraz przede wszystkim drugą część filmu (“Innocence”) i dwa sezony serialu “Stand Alone Complex”. Bezwzględnie polecam, zwłaszcza, że posługując się reklamowymi tekstami z opakowania DVD, GITS był inspiracją do utworzenia Matriksa.
Death Note
Znany u nas między innymi pod postacią wciąż wydawanej przez JPF mangi, dzięki której zresztą zetknąłem się z tym tytułem – ale nie mogąc wytrzymać oczekiwania, czym prędzej sięgnąłem po anime i przeleciałem całą serię. Tematem serii jest pojawienie się w świecie ludzi Notesy Śmierci, dzięki którym można bezproblemowo zabijać dowolne ilości ludzi, znając tylko ich twarze, imiona i nazwiska. W DN Notes trafia do Light’a – niezwykle inteligentnego nastolatka, postanawiającego za jego pomocą zmienić świat na lepsze. Seria zachwyca przede wszystkim rewelacyjną walką charakterów, dogłębnego planowania i próbami przewidzenia ruchów przeciwnika pomiędzy Lightem a L’em – innym nastoletnim geniuszem, który będąc totalnym odludkiem jest dodatkowo najlepszym detektywem w historii świata.
Chaos;Head
Anime, które dopiero co się zakończyło, bardzo niekonwencjonalne i wciągające. Jest to opowieść o losach (kolejnego, ale cóż – ‘młodzieńczy’ wiek jest bardzo lubiany przez japońskich twórców) nastolatka, który odseparował się od świata, żyjąc w blaszanej budce na dachu jakiegoś wieżowca, grając non-stop w ulubioną grę sieciową i oglądając ogromne ilości… anime. Bez zdradzenia większej części fabuły nie da się powiedzieć ogólnie “o czym to jest”, ale myslę, że sama kreacja głównego bohatera jest na tyle ciekawa, że warto obejrzeć serię.
Elfen Lied
Najkrócej możnaby o tym tytule powiedzieć: półnagie laski z dziwnymi uszkami (konkretniej – rogami), ich wielkie moce, a co za tym idzie – ogromna ilość krwi, młody, trochę niezdarny, ale uczciwy chłopak, podrywająca go kuzynka… Dzieje się bardzo dużo, ale jest to bardzo porządne anime opowiadające o całkiem poważnych sprawach. Warto obejrzeć, chociaż może niekoniecznie, jeśli ma się awersję na wszystko, co ma jakiś związek z miłostkami. :)
Film 5 Komentarze
+
Tagi: gears of war,
Gry
Wpis poradnikowy, takie też wydaje mi się muszą istnieć dla żądnych rozwiązań swoich problemów ludzi grzebiących po Googlach. Sprawiłem sobie ostatnio tytuł Gears of War – X360′wy hit, który mnie zassał, porwał i nie daje odpocząć – zostałem ostatecznie przekonany, że zwykłe gry akcji, w których zwykle się nie odnajdywałem, to jest to. To już tylko kwestia czasu, gdy spróbuję się z serią Call of Duty czy innymi GTA.
Okazuje się jednak, że świetne tytuły także mogą mieć maksymalnie okrutne wady techniczne. I to na polu, wydawałoby się pokonanym dawno temu – zapisach stanu gry. Pewnego razu skillowałem grę bez myślenia skrótem Alt+F4, by po powrocie doń zastać komunikat, że żadnych save’ów nie mam. Zawrzało we mnie, w Google zagulgotało. Nie było zbyt optymistycznie.
W końcu jednak znalazłem rozwiązanie tego problemu – okazało się ono być stosunkowo proste dzięki checkpointowej budowie gry.
Mianowicie, aby po niemożliwości wczytania zapisów nie zaczynać gry od nowa, tylko od dowolnego rozdziału (podrozdziału), należy dostać się do katalogu X:/Program Files/Microsoft Games/Gears of War/WarGame/Checkpoints, następnie zmienić tymczasowo nazwę pliku chapter0.sav na dowolną inną, potem odnaleźć plik checkpointa, do którego chcemy wrócić, zamienić jego z kolei nazwę na chapter0.sav. Teraz wystarczy wejść do gry, wybrać w menu Kampanię, następnie opcję przejścia do “wcześniejszego poziomu” i wybrać pierwszy rozdział gry. Zamiast niego załaduje się ten, którego nazwę zmieniliśmy. Teraz wystarczy dobrnąć do następnego checkpoint’a, a gra będzie ładnie zapisywała poziomy od miejsca, w którym skończymy.
Jak widać, sposób nie jest idealny, bo wymaga odgadnięcia numeru “odcinka”, przy którym straciliśmy zapisy – ja sam testowałem 5 kolejnych, zanim trafiłem na swój upragniony. :) Mimo wszystko w stu procentach działa i mam nadzieję, że pomoże w szybszym uporaniu się z problemem sfrustrowanym graczom, zanim nie sfrustrują się na dobre.
Oczywiście sposób można równie dobrze wykorzystać do rozpoczęcia gry na przykład od ostatniego aktu gry, jeśli ktoś miałby taki kaprys ;).
Co do samego błędu… Głupi jakiś, prawda? Moim zdaniem problem leży w przekombinowanej obsłudze profili graczy w usłudze Games for Windows Live (który działa “offline’owo” w Gearsie i obsługuje właśnie m.in. zapisywanie stanu gry), która to sypie się, jak widać, podczas “zabijania” aplikacji bez grzecznego wyjścia przez opcje gry.
Gra jest zdecydowanie warta świeczki i wspomnianej lekkiej kombinacji, mimo wszystko. :)
Gry Dodaj komentarz
+
Tagi: 3d,
filmy,
Gry
Wreszcie się pojawił zrealizowany na zlecenie Capcomu film RE: Degeneration, związany fabularnie z japońską serią gier z podgatunku survival horror (uwaga, nie filmów!) Biohazard. Wykonany jest podobnie jak squaresoftowski Final Fantasy VII: Advent Children, tj. całkowicie w technologii CG (3D podobne do Shreka). Powiem wprost: jest bardzo podobny zarówno w wykonaniu, jak i treści do wspomnianego tytułu. Pokazuje, że japońscy twórcy to absolutni mistrzowie w kontekście technologii filmów trójwymiarowych, jednocześnie udowadniając, że w takich filmach nie jest dla nich najważniejsza fabuła, ale właśnie ta technologia.
RE: Degeneration opowiada akcję dziejącą się po 3ciej części gry, tzn po zniszczeniu Racoon City i wyelimininowaniu organizacji Umbrella, odpowiedzialnej za wypuszczenie wirusa (ów) zmieniających poczciwych ludzi w zombie. Główni bohaterowie to Claire Redfield i Leon S. Kennedy, których łączy to, że oboje przeżyli jako jedni z nielicznych pogrom wspomnianego wyżej miasta.
Osią fabularną są ataki organizacji terrorystycznej, która żąda ujawnienia powiązań rządu z nieistniejącą już Umbrellą – niezależnie od ceny. Wskutek braku spełnienia ich żądań sami rozpuszczają wirusa, “zombifikując” niewinnych ludzi, którzy z kolei zarażają kolejnych. Wszystko w roli prawdy – film, choć w zasadzie dość banalny fabularnie, stawia chociaż takie pytanie o etykę działań.
Tyle konkretów, czas by zająć się wrażeniami. W trakcie seansu ma się stałą opinię “to jest zajeb***e!”, która przechodzi dopiero chwilę po upływie tych 1,5h. Dlaczego? Ano dlatego, że film jest niezwykle szybki, ma pasjonującą akcję i prezentuje naprawdę ostre sceny walk czy przeżyć bohaterów. Jak wspomniałem, Japończycy to moi osobiści mistrzowie CG właśnie dzięki temu, że ich filmy tak wymiatają – nie widziałem podobnych dzieł twórców z żadnego innego kraju.
Odnoszę jednak wrażenie, że panuje tu całkiem odmienna koncepcja w stosunku do tej prezentowanej w aktualnych tytułach anime – fabuła ma naprawdę marginalne znaczenie i służy tylko dla zachowania jakiegoś sensu przeplatających się scen. Ale czy to wada? RE: Degeneration, jak i uprzednio FF7: Advent Children pokazuje, że jest miejsce i na taką sztukę – ostrą, szybką, brutalną, niewymagającą zbyt wiele od oglądającego. Jednocześnie szalenie atrakcyjną i przyjemną. Dlatego też mnie RE: Degeneration nie rozczarował i podaruję mu ocenę 7+/10.
Film, Gry Dodaj komentarz