3
Tagi: avatar,
awatar,
cameron,
Film,
imax
Wpis sponsorowany – dotychczas takich unikałem, bo nie otrzymałem wcześniej propozycji, która w pełni byłaby związana z moimi zainteresowaniami, a co za tym idzie, tematyką “kulturową” tego bloga. Ale to się zmieniło, dlatego chciałbym uprzejmie ogłosić, że pozwoliłem sobie sprzedać trzy wpisy na tej stronie w zamian za zaproszenie na pokaz filmu “Awatar” w IMAX-ie i odpowiednie wynagrodzenie – i tak tę wielką superprodukcję Camerona musiałbym zobaczyć, więc bardzo przyjemnie się złożyło. Jednym z elementów programu jest opisanie wspomnianego filmu po seansie – ale chyba nikt nie wątpi w to, że i tak bym to zrobił. :)
Dodatkowo zostałem zobligowany do poinformowania Was o całkiem ciekawej inicjatywie, jaką jest chat z magikiem od filmów 3D, który pracował przy “Awatarze”, który odbędzie się w poniedziałek 21 grudnia o godzinie 21:00. Więcej informacji o tej inicjatywie można znaleźć na witrynie IMAX‘a, temat niebieskich ludzików jeszcze powróci. Co najmniej dwukrotnie. ;-)
Film, Kultura 3 Komentarze
2
Minęły już dwa pełne miesiące studiowania, więc wypadałoby coś naskrobać. Gwoli przypomnienia, wpadłem na Wydział Informatyki Polsko-Japońskiej Wyższej Szkoły Technik Komputerowych, którą to uczelnię dość dokładnie poznałem w okresie licealnym (wyjścia i zwiedzanie, a nawet szkolenie), dzięki czemu mogłem… się zachwycić. Co mi się podobało? Dobry sprzęt, motywy z Japonii ;-), informatyka na poziomie praktyki, a nie tylko i (prawie) wyłącznie teorii, wydająca się przyjazną atmosfera, czy wreszcie wydziały artystyczne i kulturowo-japońskie, które dają jakąś nadzieję na względną chociaż normalność. Co mi się nie podobało, to oczywiście pieniądze, jakie trzeba uczelni oddawać… Co się na pewno zwróciło, dzięki temu, że udało się dostać pewne miłe stypendium unijne. ;-)
A teraz, konkrety. Jeśli chodzi o poziom merytoryczny, jestem jak na razie bardzo zadowolony – nauka zaczęła się od ostrego katowania programowania (w moim przypadku w zasadzie tylko zaliczania ćwiczeń/projektów, ale zdecydowanie nie przyszedłem tutaj, w końcu, na świeżo). Matematyka, która nie jest moją bardzo mocną stroną – nad czym od zawsze ubolewam – jest tutaj prowadzona w taki sposób, że jest niezwykle interesująca (przynajmniej ta dyskretna ;-). Tzw. “odchamiacze” to Podstawy Prawne Biznesu oraz Historia i Kultura Japonii – oba przydatne, to drugie prowadzone przez przesympatycznego Japończyka, niestety po tych dwóch miesiącach już tak się nie wysypiam, że niespecjalnie uczęszczam na wykłady zeń. Obiecuję sobie poprawę – szkoda tylko, że już niewiele czasu zostało do końca semestru.
Sprzęt, na który się wcześniej napatrzyłem, jest dobry, ale… nie ma jak się nim pobawić. Przynajmniej na razie. Komputery dostępne w salach, są, hm… wystarczające do tego, co na nich robimy, więc do niczego wymagającego. Maki, na których pracowałem podczas szkolenia z grafiki na potrzeby Internetu, nie są dla nas dostępne (intuicja mi mówi, że to się może zmienić, kiedy będziemy mieli przedmioty związane z grafiką). Podobnie studio nagraniowe (podobne tyle osób/zespołów tam wali, że dostanie się graniczy z cudem), nie wspominając o jakże efektownych robotach czy skanera 3D, których w tym roku nie miałem nawet okazji zobaczyć. Może z czasem, gdy się poorganizuję na tyle, żeby pochodzić na spotkania ciekawych kółek/dodatkowe zajęcia, sytuacja się zmieni. Najpóźniej w II semestrze, bo dlaczego by nie?
Szkoła daje wielką szansę nauczenia się języka japońskiego – niestety, w wyniku perturbacji organizacyjnych, jak podejrzewam, będzie to możliwe dopiero od wspomnianego II sema – nie ma mowy, żebym odpuścił taką okazję.
Cały czas też zastanawiam się (obecnie wciąż tylko zastanawiam – ech ;-), czy możliwe jest dopisanie do zajęć odbywających się w ramach nauki na Sztuce Nowych Mediów (czyli wylęgarni artystów), bo nigdy nie uważałem się za stricte ścisły umysł, przez co moja pasja tworzenia i kreacji nie ma gdzie się realizować. Kodzenie, kodzenie, kodzenie… ile można kodzić?
Wszystko to wiąże się z powrotem do trudnego, bo szkolnego trybu życia, który pomimo baaardzo znacznego ułagodzenia – czasem da się odpocząć ;-) – wciąż jest męczący i dla mnie antyproduktywny, przez co moje projekty suną baardzo powoli, żeby nie powiedzieć, że cały czas na etapie koncepcyjnym. Samo projektowanie bardzo mnie zajmuje – dopracowuję różne szczegóły tygodniami, chociaż już dawno mógłbym/powinienem był zacząć działać. Bo ja wiem, chyba mi muzy/motywacji brakuje?
Przemyślenia 2 Komentarze
1
Tagi: mp3,
placebo
Grupę Placebo poznałem dobrze dopiero kilka lat temu. Zafascynowałem się nią nie od razu, bo grają muzykę trudną do słuchania i na pierwszy rzut oka nawet nieprzyjemną – dopiero, gdy się przed nią otworzy, można w pełni poczuć ją sobą i zrozumieć.

Dziewiętnastego listopada zespół grał na warszawskim Torwarze wielki, szumny koncert i była to zarazem moja pierwsza okazja, żeby posłuchać go na żywo. Aby zobaczyć słynnego Briana Molko i jego ekipę, aby poczuć ich muzykę tak mocno, jak to tylko jest to możliwe – z nimi i innymi fanami.
Koncert promował ostatnią płytę “Placków” – Battle for the Sun. Różni się od poprzednich tym, że jest odrobinę mocniejsza, bardziej rockowa, może nawet trochę bardziej mainstreamowa – osobiście dla mnie jest jedną z najlepszych.
Rozpoczął się od moim ulubionym kawałkiem z tego krążka – For What It’s Worth i od razu pokazał, że Placebo na koncercie zagrają z przytupem i werwą. Zespół włożył “całych siebie” w odgrywane tracki było niesamowicie ostro, a zagrali w zasadzie wszystko z ostatniej płyty, a także kilka klasycznych utworów. Zakończyli po 17 kawałkach, aby dwukrotnie zabisować (po 3 utwory) i zadziwić publiczność niespodziankami takimi, jak przearanżowane kawałki. Fani dopisali, aczkolwiek lekka wtopa nastąpiła, gdy widownia nie zdołała po Brianie dokończyć wersu utworu (który to był?), na szczęście Molko podszedł do sprawy z humorem.
Krzyki, kończyny w górze i szalone tańce łączyły fanów, wizerunkując estremalną ekscytację z mroczną treścią piosenek, tak charakterystyczną dla zespołu.
Wybaczcie mi niedoskonałą formę tego opisu, ale jednak najprościej określić koncert jednym, prostym wyrażeniem: było zajebiście. Nadmiar emocji nie pozwala opisać sprawy należycie, jednak jest to wydarzenie, które wspominać będę długo i wiem, że następnego (może na otwartym terenie) showu Placków w Polsce już nie odpuszczę.
Setlista, Zdjęcia
PS: Dzięki, jak zawsze, dla Lan, która wprowadziła mnie w świat Placebo. :)
Kultura, Muzyka 1 Komentarz
1
Tagi: marketing,
mediafunlab,
pr

Mikroblogi dojrzewają. Coraz szybciej. Chociaż wciąż wiele ludzi w ogóle nie zdaje sobie sprawy z ich obecności, a jeszcze więcej uważa, że służą tylko do pisania o niczym i zaśmiecania sieci, to nadszedł dla nich bardzo ważny okres – próby osiągnięcia zysków. I to zarówno przez właścicieli, jak i użytkowników. Spotkanie przygotowane przez Maćka “Mediafuna” Budzicha i zespół LewisPR zwracało uwagę na te trendy i próbowało znaleźć w tym wszystkim jakieś pieniądze… jednocześnie pokazując, co dzięki mikroblogom mogą osiągnąć korporacje.
W zasadzie nie jestem związany w żaden sposób z PR czy marketingiem. Upraszczając wszystko do zasady jednego skojarzenia, jestem programistą, szkolę się aktualnie na pierwszym roku PJWSTK. Mimo to, koncepcja reklamy i pieniędzy w mikroblogach jest dla mnie bardzo ciekawym tematem – chociażby dlatego, że mając wiele projektów, dostaję miejsca, gdzie mogę je reklamować i pomysły, w jaki sposób to robić. Ponadto jestem aktywnym użytkownikiem mikroblogów, dlatego też interesuję się tym zagadnieniem z punktu widzenia konsumenta właśnie – mogę nawet powiedzieć firmom, jak się powinny “z nami” obchodzić, żeby nas nie męczyć i nie drażnić.
Okay, a teraz przejdę do sedna i napiszę kilka zdań opinii o każdej z prezentacji przedstawionych na MediafunLAB.
Grzegorz Kiszluk (redaktor naczelny magazynu Brief) „Nowe media – świetne narzędzie, ale pamiętaj o marketingu!”;
Wypowiedź Grzegorza Kiszluka, będąca wprowadzeniem do samej treści MediafunLABa, poruszała w zasadzie kwestie fundamentalnych prawd marketingu, o których wg Grzegorza nie wolno zapominać, nawet w erze nowych mediów. Paradoksalnie jednak, pokazywał dlaczego trzeba pamiętać na przykładzie tzw. “starych mediów” (bo też te nowe nie mają jeszcze dla siebie przykładów takich zaniedbań, jakie zdarzały się dawniej), przez co nie dla wszystkich jego prezentacja była potrzebna.
Paweł Tkaczyk (właściciel agencji reklamowej MIDEA) „Reputacja w Sieci”;
Chyba najbardziej konkretna prezentacja na MediafunLAB – Paweł Tkaczyk skupił się na budowaniu reputacji i, co ważniejsze, utrzymywaniu jej. Słusznie stwierdził, że reputacja to w tej chwili najpotężniejsza rzecz, jaką może posiadać marka – z nią wszędzie start jest ułatwiony, także na mikroblogach, gdzie możne niechętnie patrzeć na firmy wkraczające na nieswój teren, jeśli nie są one nikomu znane.
Łukasz Felsztukier (bloger, przedsiębiorca) – “Gdzie są pieniądze w mikroblogach?”;
Łukasz (aka ^Elcukro) mówił o tym, co w zasadzie było głównym problemem, którym miał zajmować się MediafunLAB – pokazywał konkretne ścieżki, którymi mogą podążać mikroblogi, ich użytkownicy oraz firmy korzystające z nowych mediów, by osiągać konkretne zyski. Niestety, było tu też trochę niepewności – nie da się ukryć, że problem monetyzacji komunikacji real-time nie jest łatwy do rozwiązania.
Andres Witterman (wiceprezes agencji LEWIS PR) – „Mikrobloging i jego wpływ na media i PR w Europie Zachodniej i USA“ (wykład w języku angielskim);
Bardzo ciekawa prezentacja, bo nieopisująca tylko naszego, polskiego poletka, ale biznesowy mikrobloging na całym świecie (czyli oczywiście Twitter, który, jak powiedział Andres, jest na świecie synonimem blogowania real-time). Muszę przyznać, że dawno nie słyszałem tak świetnego, prawdziwie brytyjskiego akcentu, dzięki czemu nie było żadnych problemów ze zrozumieniem angielskiego przecież wykładu. Andres opisywał największy problem stojący przed markami (a już aktualny) – nie ma czasu na oficjalne statementy w sprawie wszystkiego, firmy muszą teraz reagować na pytania czy wątpliwości natychmiast – od razu wiedzieć, co mają mówić, by nie zrazić do siebie użytkowników.
Mikołaj Gajewski (Redefine) – „Polska aktywność na Twitterze na podstawie twitt.pl”;
Wiadomo, Polacy wolą “swoje” serwisy – grono czy nasza-klasa, a nie facebook; blip, a nie twitter. Mimo to Twitter był znacznie wcześniej obecny niż Blip i nawet teraz jest silniej promowany przez media – dlatego też nie da się ukryć, że Polacy tam są. Mikołaj zdradził, że Twitt.pl był eksperymentem mającym na celu ocenić, jak wielu Polaków twittuje, jak oni to robią i o czym tam piszą. Statystyka jest ciekawa (polecam obejrzenie, jak już materiały z prezentacji będą dostępne), jednak prowadzi do konkluzji, że jesteśmy w temacie mikroblogów mniej więcej w okresie, który na świecie trwał na przełomie 2007 i 2008 roku.
Prezentacja Stowarzyszenia MłodyPR
Prezentacja ukierunkowana na “autolans”, jednak bardzo mi się podobała (być może dlatego, że też jestem studentem zaczynającym z dużymi projektami ;). Grupa studentów PR z Wrocławia nie mogła się doczekać możliwości zadziałania w kierunku, którzy studiowali, więc założyli stowarzyszenie, mające zajmować się promocją mniej znanych marek, które być może nie mogą/nie chcą inwestować w drogie kampanie reklamowe.
Małgorzata Kowalska, Piotr Nejman (mBank) – #mbank #korpo #microblogging – czyli podsumowanie kilkumiesięcznej obecność firmy na mikroblogach;
MBank jest na Blipie. To prawda, jest. I pomaga, to też prawda. Użytkownikom mającym konta w banku to się podoba – i to też jest prawda! Ale nie jestem pewien, czy cokolwiek więcej ich prezentacja przekazała… Tym niemniej dobrze, że firmy zbliżają się do swoich konsumentów.
Adam Zygadlewicz (NetGuru) – „FLAKER.PL – narzędzie nie tylko do firmowego lansu”;
Nie bardzo wiem, co sądzić o tej prezentacji… Flaker rzeczywiście ma bardzo wiele do przekazania (co udowadnia swoimi akcjami), ale próba przedstawienia tego nie była idealna. Ciągłe powtarzanie “Flakerzy są zajebiści” nie doprowadzi do tego, że sala w to uwierzy i zacznie głosić ten pogląd.
Ogólnie rzecz biorąc, MediafunLAB może poszczycić się tym, że poruszył tematykę, która jest melodią przyszłości, której nie mogą ugryźć “stare” media (czyli te, które wciąż są w zasadzie rządzące i mające poparcie w społeczeństwie). Trzeba dążyć do jakiejś formy monetyzacji (najlepiej nie takiej oczywistej – czysto reklamowej i utrudniającej życie użytkowników), ale jednocześnie trzeba pamiętać o tym, że mikroblogi prawdopodobnie są tylko przystankiem w rozwoju Internetu. Dlatego też wypada promować się teraz, zdobywać reputację, żeby w następnych etapach przodować i być zaufaną marką, lubianą przez ludzi, a nie obudzić się z przysłowiową ręką w nocniku.
Inne relacje w chwili publikacji: PowerBlog, BrandDoctor, BożyDar
PS: Żałuję, że nie miałem już okazji pointegrować i poznać bliżej wielu ludzi z tej ciekawej branży, ale niestety był to ostatni dzień bardzo męczącego tygodnia plus czekał mnie maraton Dr House’a ;)
Inne, Przemyślenia, Web 1 Komentarz