3

Ameryka i nie tylko żyje newsem, który obległ świat – Disney, jak informuje w komunikacie prasowym, przejął firmę Marvel, wraz z jej wszystkimi postaciami, historiami, et cetera. Ta informacja może dziwić fanów Marvela, gdyż owa firma jest wielkim graczem na rynku komiksów i animacji, jednak nie da się ukryć, że nie do porównania przy skali Disneya.
Co to oznacza dla fanów komiksu/animacji? Zarówno wszystko, jak i nic. Disney ma prawo do całego zbioru, co sprawia, że może też zrobić co zechce – choćby i połączenie serie swoich klasycznych bohaterów ze Spider-Manem czy Wolverinem. Z drugiej strony, po co wydawać 4 mld dolarów na markę z takim potencjałem, tylko po to, by go psuć? Dlatego też nie popadałbym w rozpacz czy fascynację, ale zaufał – miejmy nadzieję, że panowie od Walta znaleźli sobie nowe miejsce do pobierania pieniędzy, a autorzy świetnych serii (jak prawie wszystko od Ultimate) będą dalej pracowali w systemie, który miał co najmniej bardzo efekty.
Film, Komiks 3 Komentarze
4
Tagi: Harry Potter
Ważną cechą oceniania przeze mnie filmów jest fakt, że zwykle wiem, czego się po nich spodziewać, a gdy to otrzymuję – jestem zadowolony. Gdy jestem zaskakiwany czymś ponad normę, czyni to moją opinię tym bardziej entuzjastyczną. Tymczasem, patrząc na artykuły zawodowych krytyków, ci są zadowoleni dopiero wówczas, gdy dostają więcej. Wbrew pozorom, nie jest to zarzut, ale zwykła obserwacja – jeśli ktoś ogląda bardzo wiele, czasami podobnych do siebie filmów, automatycznie zwraca uwagę na te, które odróżniają się od reszty.Taki już los zawodowych krytyków, podobnie jak ludzi, którzy hobbystycznie oglądają wszystkie nowości.
O ile gry czy książki oceniam ostrzej, to w przypadku filmów proszę pamiętać, że nie jestem tutaj hardcore’owcem i moje opinie są opiniami przeciętnego entuzjasty filmowego. ;-)
Recenzja właściwa

Po tym nietypowym wstępie, skupię się już na recenzowanym filmie – którym jest adaptacja już 6-ej powieści z cyklu o młodym adepcie magii, za który J.K. Rowling zdobyła popularność i uznanie na całym świecie.
Wspomniana książka, nosząca podobnie jak film tytuł “Harry Potter i Książę Półkrwi”, sprawia zupełnie inne wrażenie niż pierwsze historie, który wyszły spod pióra Rowling.O ile tamte były wręcz przyjemną w odbiorze, baśniową opowieścią przeznaczoną dla dzieci i młodszej młodzieży, to “Książę Półkrwi” jest już zdecydowanie mroczny i ponury. Nie może być inaczej, gdyż świat Harry’ego Pottera (Daniel Radcliffe) nękany jest przecież przez armię przerażającego czarnoksiężnika – Voldemorta – który zdołał przezwyciężyć własną śmierć, aby okupować zarówno świat czarodziejów, jak i zwykłych ludzi, żyjących w niewiedzy.
Reżyser (David Yates) poradził sobie z tą wizją, według mnie, bardzo dobrze. Sceny z udziałem Śmierciożerców szalejących i zabijających ogromne ilości ludzi, wszelkie pojedynki czy gros ujęć mających potęgować mroczną atmosferę (jak na przykład te z młodym Draco Malfoyem (Tom Felton), który przez prawie cały film przygotowuje się do odegrania ważnej roli w finale) sprawiały, że było jasne, że to nie jest bajeczka. Bardzo się dziwiłem sporej obecności małych dzieci na kinowej sali, jak i przedfilmowych reklam, ewidentnie do nich skierowanych.
Bo film zaskakiwał nawet ujęciami rodem z horroru, które nawet jeśli nie sprzyjały rozwojowi lekko ruszonej przez scenarzystę fabuły, to były po prostu mroczne. I chociaż bardziej dojrzała widownia mogła się uśmiechnąć, widząc kadry najwyraźniej mocno zainspirowane rasowymi horrorami czy filmami fantasy, to nie dało się ukryć, że robiły wrażenie.
Aby klimat filmu nie był przesadnie wypełniony mrokiem, znalazło się w nim też trochę komedii… i romansu. To już czasu burzliwej miłości pomiędzy bohaterami – niedojrzałej, ale pięknej dla jednych i bolesnej dla drugich. Sporo zasług ma tutaj Emma Watson w roli Hermion, która jako piękna i świetna aktorka, przejmowała swoim żalem, rozczarowaniem, czy złością.
Rolę komediową w obrazie pełnił przede wszystkim Ron Weasley (Rupert Grint), który jest po prostu sztandarowym przykładem chłopaka-fajtłapy, do którego, o dziwo, lepią się dziewczyny (aż dwie ;). Pomijając kwestia miłosne, wywoływał uśmiechy także przy okazji gry w Quidditch, gdy okazywał się być świetnym, ale bardzo zabawnym obrońcą.
Film przekazuje rozbudowaną i dramatyczną historię, wskutek czego drastycznie pominięte zostały sceny “szkolne” (poza opisywanymi wcześniej i tymi, które były ważne dla fabuły), które pojawiały się raczej epizodycznie w porównaniu do innych. Mimo to sprawowały się dość dobrze, także atmosfera widowiska nie gęstniała nadmiernie. Przez wymuszoną jednak prędkość w serwowaniu historii, trochę wątków zostało przez obsadę spłyconych – dla przykładu Snape (Alan Rickman), jedna z najważniejszych postaci w książce, w filmie pojawia się epizodycznie – i to na krótko. Śmierciożercy z kolei, bardziej straszyli nagłym wyskakiwaniem i bieganiem z brudnymi włosami, niż swoimi działaniami. Biegają i krzyczą – tak, niestety, można by podsumować ich rolę w firmie. I tak było z nimi lepiej, niźli z Zakonem Feniksa – jego członkowie pojawili się w filmie tylko na chwilę, w zasadzie tylko po to, aby polamentować – ciężko się dziwić, że nie mogą sobie poradzić z Voldemortem i jego poplecznikami.
Obraz zachwyca efektami. Pomimo, że wiele ujęć wydaje się żywcem wyjęta z innych filmów, to wciąż robią ogromne wrażenie. Lot Śmierciożerców nad miastem, rozpoczynający film, przekonał mnie, że chociażby dla osiągnięć techniki warto oglądać dalej.
Ogólnie rzecz biorąc, Harry mnie nie rozczarował. Także nie zachwycił, ale, jak mówiłem, nie jest to konieczne, żebym napisał, że to dobry film. Historia, chociaż lekko pocięta, interesuje i wciąga. Dobrze wyreżyserowane sceny czynią klimat na zmianę gęstszym i lżejszym. Trójka głównych bohaterów budzi sympatię, a ich dzieje są dla nas najważniejsze, podczas siedzenia na sali kinowej. Wszystko jest tak, jak powinno być.
Tak na cztery z plusem. ;-)
Film, Kultura 4 Komentarze
7
Jak wiadomo, od kilku lat Bill Gates, założyciel Microsoftu, w swojej firmie nie pracuje, jednak czasem, jako osoba medialna i wciąż związana z ową marką, lubi się wypowiedzieć. Przy okazja Projektu Natal też nie omieszkał tego zrobić.

Jak początkowo zachwycałem się tym projektem, to teraz jestem bardziej sceptyczny. Sterowanie ciałem może być fajne, ale tylko w niektórych grach (głównie tych mniej rozbudowanych, przeznaczonych do mało ambitnej i niestresującej zabawy) – na pewno nie będzie to rozwiązanie, które mogłoby zupełnie wyrzucić pady/klawiatury/myszy z rąk, bo jest po prostu męczące.
Bill poszedł dalej i stwierdził, że Natal może być świetnym rozwiązaniem także dla użytkowników komputerów osobistych – nie tylko jako innowacyjny kontroler do gier, ale też jako… podstawowy sposób kontrolowania peceta. W końcu przeglądanie filmów czy zasobów muzyki machaniem ręki byłoby ”super” wygodne…
Powiem szczerze, sam jestem bardzo sceptyczny i tym razem nie poddam się marketingowej papce – podobnie jak uważam za swoisty bezsens ekrany dotykowe przy pecetach domowych. To są protezy dobrych, precyzyjnych rozwiązań, dodatkowo wymagające więcej wysiłku – dlatego też dobrze będzie, jeśli Natal będzie chociażby oferował dobrą zabawę. Z grami. Nie wymagajmy za dużo, nawet od stosunkowo rewolucyjnych urządzeń.
Gry, Przemyślenia, Sprzęt 7 Komentarze
+
Tagi: crpg,
diablo,
divinity,
Gry,
rpg
W okolicach roku 2003 świat gier został zaskoczony przez nieznaną nikomu firmę Larian Studios, która to wydała cRPG. Z czymże, erpeg ten nie był „hardcore’owy” w takim sensie, do jakiego przyzwyczaiły graczy inny tytuły spośród tego gatunku, ale nie był też taki prosty jak gry pokroju Diablo. Chociaż ostatecznie przypięto mu plakietkę ‘hack-and-slash’, ale nie bez sprzeciwów.

Dlaczego tak się stało? Bowiem Divine Divinity, jak owy erpeg się zwał, miał bardzo uproszczone statystyki, niewielką liczbę klas, jedną rasę do wyboru (ludzkość) i ogólnie rzecz biorąc, nie starał się być czymś excelo-podobnym. Oferował za to niezwykle przyjemną walkę, sporą liczbę modyfikowalnych umiejętności oraz dziesiątki przedmiotów. Wypisz, wymaluj – Diablo, albo inne Dungeon Siege. Sprawę utrudniało tylko to, że poza tym wszystkim Divinity zaserwował ogromny, rozbudowany świat, ogromną liczbę różniących się postaci, wchodzących we wzajemne relację, kupę dialogów i, chociaż lekko stereotypową, to jednak ciekawą i na pewno rozwiniętą ścieżką fabularną. Raczej niespotykane cechy w grach typu ’siecz i rąb’, za to kojarzące się na przykład z niezapomnianym cyklem Ultima.
Nieznane dzieło Larianu nie zachwycało od razu – było raczej brzydkie (chociaż po pewnym obyciu z grą, ręcznie rysowany świat robił bardzo pozytywne wrażenie), na swój sposób męczące, wymagające przyzwyczajenia. Sam zaczynałem w niego grać kilkakrotnie, zanim wciągnąłem się na dobre. Potem już wiedziałem, że było warto. (…)

Gry, Kultura Dodaj komentarz
1
Tagi: anime,
appleseed,
dragon ball,
k-on!

Nazbierało się tego trochę od ostatniego razu, dlatego też chciałbym opisać kilka mniej czy bardziej arcy- dzieł spod znaku anime. Te japońskie “kreskówki” ostatnio zdecydowanie przeważają liczbowo filmy, które oglądam – jakoś tak jest, że dużo łatwiej przyciągają i znacznie częściej oferują godziwą rozrywkę.
Dragon Ball Kai

Po pierwsze, postanowiłem sobie przypomnieć czasy niezapomnianego shounen “Dragon Ball”, oglądanego w iście koszmarnych warunkach, bo z polskim lektorem nałożonym na francuski dubbing, do tego w pełni ocenzurowanym, ale jednocześnie były to warunki o tyle świetne, że w ogóle dawały możliwość zapoznania się z tym wspaniałym anime – nawet dzisiaj jest to w Polsce bardzo niszowe zjawisko, chociaż i tak bardzo wiele dobrego się na jego rynku stało.
Wspomniany “Kai” to remasterowana wersja starej, dobrej “Z-tki” – z całkowicie nową oprawą dźwiękową i lekko poprawioną grafiką – między innymi pogrubiono kontury postaci i wzmocniono efekty fajerwerków widocznych na ekranie – a także z wyrzuconymi “fillerami”, czyli scenami, które nic nie wnosiły do fabuły, a były wprowadzane, by to, co najciekawsze, zachować do następnego odcinka. Dzięki temu wszystkiemu serial ogląda się niezwykle wręcz przyjemnie, przypominając sobie dawne czasy rządów pamiętnego RTL7. :)
K-ON!

Anime to odkryłem przypadkiem, znalazłem gdzieś w Sieci ładną rozpiskę anime ukazujących się w wakacje, gdzie zaciekawił mnie wizerunek słodkiej dziewczynki z gitarą. Okazało się, że seria opowiada o uczennicach liceum, które postanawiają założyć szkolny band (w ramach Klubu Lekkiej Muzyki). Anime opowiada nie tyle o ich muzyce (jest ona w zasadzie dodatkiem), ale o życiu i perypetiach uroczych bohaterek – Yui i jej siostry Ui, Ritsu, Mio, Tsumugi i Azusy Jest to opowieść niezwykle infantylna, bardzo niewinna i wręcz dziecinna – ale z jakiegoś powodu nie mogłem się od niej oderwać i raz w tygodniu, do czasu zakończenia serii, miałem raz w tygodniu zapewniony “cute overload”. Odprężające, chociaż raczej jednorazowe. :)
Appleseed i Appleseed Ex Machina

Dla odmiany teraz dwa filmy, a nie seriale. Appleseed osadzony jest w świecie po trzeciej wojnie światowej – nie są tutaj jednak widoczne opuszczone, spopielone pustynie, ale Olimp, będące miastem-utopią, wybawieniem dla ludzkości. Ale nie tylko ludzkości – aby nie dopuścić do kolejnej wony, postanowiono stworzyć bezuczuciowe androidy, by stopniowo zasiedlać nimi Olimp, aż wreszcie zastąpić nimi ludzkość w stu procentach.
Historię obserwujemy z punktu widzenia Deunan – młodej bojowniczki, której nieodłącznym towarzyszem w walce (już od czasów III wojny) jest Briaeros – mężczyzna, który po odniesieniu niezwykle poważnych ran został umieszczony w bardzo wytrzymałej, częściowo organicznej zbroi, jednocześnie pozbawiając się zewnętrznych aspektów człowieczeństwa.
Głównym motywem Appleseed jest pytanie, czy w świecie, który ma przetrwać, jest miejsce na człowieka, i czy jego twory (dzieci?) – androidy, mogą o tym decydować. Ale w końcu one podejmują wyłącznie racjonalne, sensowne decyzje, a ludzie kierują się emocjami, są nierozważni.
Anime jest jednym zdecydowanie bardziej lekkie, niż mogłoby się wydawać – jego twórcy skupili się w nim raczej na bardzo efektownych (tworzonych z dodatkiem trójwymiaru) scenach walk, ataków terrorystów i tym podobnym akcjom. Ex Machina, które jest stosunkowo świeżym tytułem, można z tego powodu polecić nawet fanom efektownego kina akcji, którzy nie będą zwracali na drugie, bardziej skłaniające do myślenia tło.
W następnym artykule dot. anime skupię się na filmach Miyazakiego – dopiero zapoznaję się z jego baśniami i zbieram się do opisania wrażeń zeń. Trwajcie więc w gotowości :)
Film, Kultura 1 Komentarz