+
Tagi: os,
personalizacja,
system,
windows
Jak wiecie, już dłuższy czas korzystam z wersji Release Candidate systemu Windows 7 – radzi on sobie na tyle dobrze i na tyle lepiej od XP z pracowaniem na moim komputerze, że mam tutaj już opracowane całe, konieczne środowisko.
Wygląd

Tutaj małe zaskoczenie – nie korzystam z żadnego systemu stylowania systemu, bo… nie ma jeszcze czegoś, co by dobrze działało, dlatego wolę poczekać. Poza tym, siódemka jest nawet estetyczna, da się do niej przyzwyczaić. Do nawigacji używam przede wszystkim słynnego “SuperBara”, dodatkowo mam małego ObjectDocka po prawej stronie systemu, do tego Rainmetera, działającego jako lista zadań do zrobienia + mały widget pokazujący okładkę aktualnie odtwarzanej płyty, 7stacks do szybkiego wyświetlenia zawartości folderów – aktualnie używam go do odpalania gier – i to by było na tyle. Podoba mi się w Siódemce to, że można dowolnie modyfikować kolor okien i paska zadań, dzięki czemu łatwo się go dostosowuje pod nową tapetę.

Koderka, pisanina, grafika
Bez zaskoczenia, czy rewelacji, bo korzystam bezproblemowo z wszystkiego, czego używałem i na XP. To znaczy – Visual Studio C++/C# Express, DirectX SDK, OgreSDK, Total Commander – (FTP, a co za tym idzie, także skrypcenie w PHP), Notepad++.
Do pisania i wszelkich innych prac “office’owych” używam pakietu OpenOffice i raczej nie narzekam (przynajmniej jeśli chodzi o Writera czy Calca), poza tym własnej roboty mini-programik FastNote, od niedawna także Windows Live Writera – bardzo wygodne narzędzie do pracy z blogiem. Do grafiki – tylko i wyłącznie Paint.NET, z którego i tak nie potrafię wiele wyciągnąć. :-)

Rozrywka
Narzekałem niegdyś na to, że uruchamianie gier na pececie nie jest tak wygodne jak na konsoli – obecnie zbieram wszystkie skróty w jednym folderze i odpalam zeń tytuły w dwojaki sposób – otwierając po prostu odpowiednie okienko Eksploratora, albo rozwijając Stacka (patrz 2 punkty wyżej). Jest to satysfakcjonujące dla mnie rozwiązanie, bo nie wyobrażam sobie zaśmiecania pulpitu masą ikon. Myślałem też o docku tylko dla gier, ale uznałem to za niepotrzebną ilość roboty i niekoniecznie najwydajniejsze rozwiązanie.
Do katalogowania i prostej obróbki zdjęć używam nieustannie wspaniałej Picasy od Google – obecnie już w wersji 3. I nawet nie odczuwam specjalnie potrzeby posiadania iPhoto (zwłaszcza, że ten Apple’owy twór nie pozwala zachować ładnego układu folderów ze zdjęciami, co jest dla mnie podstawą). :)
Do muzyki na XP używałem rosyjskiego programu AIMP2, skądinąd świetnego i “klasycznego”, ale na W7 trochę za długo jak dla mnie się odpalał. Dlatego też, na razie patrzę natywnie i używam Windows Media Playera w wersji 12, także do filmów. Daje radę, szkoda tylko, że spacja weń nie pauzuje odtwarzania, a film nie może automatycznie odtwarzać się na pełnym ekranie.

Słucham też radia internetowego poprzez program Screamer Radio. :)
Komunikuję się poprzez Konnekta – o dziwo działa bezproblemowo na siódemce (na Viście, którą chwilę testowałem, miałem z nim kłopoty), sieć zwiedzam w Firefoksie.
I tak sobie myślę, że to byłoby mniej więcej na tyle – w następnej części zwrócę uwagę na ogromne ilości mniejszych programów-tooli, z których korzystam sporadycznie, a jednak są niezastąpione. :)
Inne, Oprogramowanie, Przemyślenia Dodaj komentarz
2
Tagi: bieszczady,
góry,
wyjazdy,
zdjęcia
Spędziłem tydzień w Bieszczadach i jak przeciętny człowiek, nastukałem masę zdjęć cyfrówką. Przeprowadziłem wstępną selekcję dubli i bubli, zmniejszając ich liczbę do 221, a następnie dość losowo przeprowadziłem wybór wrażeń na bloga – w liczbie trzydziestu czterech. Zapraszam do obejrzenia. :)
Inne 2 Komentarze
3
Chyba każdego gadżetomaniaka kręci koncepcja postępującej cyfryzacji świata, mającej na celu ułatwianie życia – i jest to zarówno koncepcja wykorzystania ścian jako wielkich ekranów zamiast różnego rodzaju odbiorników, sterowanie ruchem ręki rodem z “Raportu mniejszości”, czy coś, co nazwałbym “otagowaniem” rzeczywistych przedmiotów.

Jakie są główne zalety opisania i oszufladkowania rozmaitych danych? Możliwość szybkiego wyszukania tego, co jest nam potrzebne, natychmiastowy skrót informacji na konkretny temat, grupowanie podobnych plików czy wiadomości za sprawą jednego kliknięcia – wygoda, dzięki której wręcz nie trzeba znać niczego, bo szybciutko można znaleźć na temat czegokolwiek wszystkie potrzebne do skorzystania zeń informacje (lekko hiperbolizując, oczywiście).

Osobiście ta koncepcja bardzo mi się podoba. Ostatnie dobre przedstawienie tego pomysłu, jakie mi się przypomina, to “Computer Brain Interface” z nawiązującego luźno do uniwersum gry Half-Life filmiku “What’s in the box?” – przedstawiony tam sprzęt to coś nakładanego na twarz (prawdopodobnie specjalne okulary z ekranami + słuchawki), potrafiący natychmiastowo ułatwić kooperację ze światem, na przykład – identyfikując telefony.

Tymczasem niedawno ASUS zaprezentował” “Seamless Experience” – specjalną powierzchnię, wyświetlającą informację na temat położonych nań przedmiotów. Także identyfikuje komórki, ale dodatkowo opisuje cechy kubka z napojem (temperatura), etc.
Dochodzi do tego jeszcze opisana przez Marcina Szepczyńskiego na Playr “przeglądarka rzeczywistości” – Layar – mająca dodawać informacje do świata widzianego przez obiektyw aparatu telefonu komórkowego. Pomysł genialny w swojej prostocie – wyświetlona mapka Google powie nam wprawdzie, gdzie są najbliższe kina/restauracje, ale widząc strzałkę na obrazie, który widzimy dokładnie przed sobą, ujrzymy to jeszcze dokładniej.

Patrząc na te wszystkie rozwiązania widać, że powoli zbliżamy się do tego, że technologia wypełni kolejne luki w umilaniu życia człowieka. Zapewne niektórzy ludzie będą protestować twierdząc, że korzystając z podobnego sprzętu powoli zmieniamy się w jakiś rodzaj cyborgów – ale moim zdaniem szykują się nam kolejne, naprawdę fajne udogodnienia.
Kultura, Przemyślenia, Web 3 Komentarze
13
Tagi: blip
Blip ma ci dodatków bardzo dużo, ale mimo to wciąż ich brakuje (zwłaszcza patrząc zazdrosnym okiem na twittera). Postanowiłem się przemóc i też przygotować coś dla społeczności – coś, co mam nadzieję będzie użyteczne.
Projekt nazwałem “zablipajką” – jest to rodzaj mini-widgetu umieszczanego na dowolnej witrynie, umożliwiający szybkie blipnięcie na temat odwiedzonej strony – skrypt sam zajmuje się wstawieniem linku, my mamy za zadanie tylko podać login i hasło do blipa + nasz ewentualny komentarz.
Jest to naprawdę bardzo prosty w użyciu, działający na AJAXie skrypt – wystarczy wrzucić na serwer dwa pliki (zablipajka.php i Sajax.php), po czym dodać przykładowo takie linijki do szablonu np. bloga:
<?php include(‘zablipaj.php’); ?>
<a href=”#blipform” onClick=”blipformshow()”>
<img src=”http://draiser.gamedev.pl/files/images/blip.gif” alt=”zablipaj” /></a>
I już działa, każdy odwiedzający może skomentować wpis, korzystając z blipa. Zapraszam do testowania – choćby i po tym wpisem, zablipajka kryje się u mnie obok kategorii, nad komentarzami, ubrana w logo blipa.
Aktualnie skrypt nie obsługuje polskich znaków, obdziera je więc z ogonków. Ponadto mogą wystąpić także inne błędy, dlatego też obecna wersja nazwana została 0.1. W skrypcie wykorzystane zostały fragmentu kodu z wordpressowej wtyczki yBlip (z mojego lenistwa) :)
Pobierz skrypt!
Pobaw się poniżej: (kliknij w miejsce jak na obrazku-to screen!)

Web, Webmastering 13 Komentarze
4
Tagi: hulk,
wolverine
Rynek komiksów w Polsce to niestety ciężka sprawa. Ciągle upadające wydawnictwa, chaotycznie prezentowane odcinki różnych amerykańskich serii, wszystko sprowadzające się do tego, że czasem jakieś fajne issue można w Empiku czy Komikslandii kupić, ale znacznie lepiej jest szlifować język i polować na oryginały (albo nieoficjalne tłumaczenia, jeśli komuś nie przeszkadza lektura na PC).
Wolverine, po polsku Rosomak, to postać znana i popularna (nawet filmy o sobie świeże ma :). Ciężko się dziwić – facet po przejściach, twardy, w zasadzie nie do pokonania, ze szkieletem z adamantu i bardzo efektywnymi w sztuce zabijania ostrzami ukrytymi w dłoniach. Jest to jeden z najbardziej lubianych przez marvelowców bohaterów, więc ma wiele występów z chyba wszystkimi “dobrymi” i “złymi” postaciami z tegoż uniwersum.

Jednym z typów, z którym Wolvie nadzwyczaj często musi walczyć, jest Hulk – dr Hyde dla dr Jeckyla, czyli potężna i umiarkowanie myśląca forma mutacyjna dr Bruce’a Bannera. Ów naukowiec przemienia się Hulka w obliczu zagrożenia bądź gdy adrenalina w organizmie przekroczy określony poziom – według “dawnego” Marvela jest to efekt przypadkowego promieniowania Gamma, według Ultimate z kolei nieudanym eksperymentem mającym na celu utworzenie Super-Żołnierza. Co jest zresztą mało ważne – Hulk jest zawsze zły, zielony (ewentualnie szary) i rozwala wszystko, co jest wokół niego.
W Polsce za pośrednictwem Mandragory mogliśmy przeczytać dwie serie komiksowe spod znaku “Wolverine/Hulk” – pierwsza nazwana właśnie w ten sposób, druga mająca podtytuł “Sześć godzin“. W USA było ich z pewnością o wiele więcej, ja przytoczę jednak tylko jeden przykład – wydanego stosunkowo niedawno “Ultimate Wolverine vs Hulk“.
Wspomniane wyżej mini-serie (bo są to jednorazowe publikacje wydawane w określonej liczbie odcinków) są dość specyficzne. Z jednej strony, Marvel wydaje takie komiksy głównie dlatego, że są one nad zwyczaj zyskowne. Z innej, twórcy często lubią poruszać takie oklepane tematy w nietypowy sposób.
I tak – “Wolverine/Hulk” opowiada historię o Loganie, który rozbił swój samolot w jakiejś śnieżnej krainie, tylko po to, by żałować własnego pijaństwa rozmawiając z dziwnym medium małej dziewczynki. Której postanawia pomóc odnaleźć jej rzeczywistą formę, by pomóc jej i jej ojcu wydostać się z jeziora. Potrzebny do tego okaże się nie kto inny, jak Hulk – przypadkiem znajdujący się w pobliżu. Stosunkowo banalna historia zachwyca nietypowymi rozmówkami, nieprzewidywalnym zakończeniem i nader wszystko rewelacyjnym rysunkiem. Jest on tak nietypowy – łączy w sobie dziecinne bazgroły i wysmakowane, malowane szkice – że oszałamia i sprawia, że tylko dla niego chciałem mieć ten komiks w swojej kolekcji.
“Sześć godzin” z kolei grafiką już nie zachwyca, za to tutaj dostajemy całkiem ciekawą fabułę, groźnego antagonistę, bandziorów chętnych zysku i umierającego, przypadkowego dzieciaka. Seria byłaby dobrym odcinkiem serialu animowanego, albo właśnie komiksu – jest całkiem przyjemna i ma sens.
Wreszcie “Ultimate Wolverine vs Hulk” to idealizacja naparzania się obu herosów i jednocześnie jedna z tych serii, które udowadniają rewelacyjną frajdę, jaka wylewa się z dobrych komiksów linii Ultimate. Mamy tutaj Hulka skazanego na egzekucję, Wolverine’a polującego na niego z polecenia najpotężniejszej marvelowskiej organizacji wojskowej – SHIELD, dziewczynę Bannera, która dla ukochanego sama poddaje się zatruciu “hulkowym” wirusem i sporą ilość brutalnej walki. Jest to esencja dobrego, efektownego komiksu – rysunki kopią, historia ma sens i napędza akcję.
Ciekawe, ile razy *jeszcze* okazji do porozrywania i porozcinania się nazwzajem będą mieli Logan i Bruce? Powyższy przykład ukazuje, że takie historie i w nowym uniwersum są niezwykle miodne. Aż żal, że w tej chwili nie ma żadnego wydawnictwa, które chciałoby ściągać te i podobne serie do Polski – bo to jest istna poezja. W wydaniu Marvela.

Komiks, Kultura 4 Komentarze