12
Tagi: reklama
Jak byłem trochę młodszy, to byłem przekonany, że reklam nie znosi się z samej zasady ich bycia. Sam ich nie znosiłem, zwłaszcza, że pierwszym medium, z którym miałem dużo do czynienia, była telewizja. Coraz krótsze przerwy filmowe, puszczane czasem podczas bloków idiotycznych i kompletnie nieinteresujących (w 99% przypadków) reklam, podczas których nawet te zabawniejsze/sensowniejsze były puszczane tyle razy na dobę, że nie miały najmniejszej szansy budzić dobrych skojarzeń. Powiedziałbym, że ktoś tutaj strzela sobie w stopę, ale szczęśliwie reklamy w TV czy, te jeszcze gorsze w radiu, bo głośniejsze i bardziej krzykliwe, nie były zależne w żadnych stopniu ode mnie.
Po kilku latach zmieniło się medium, z którego korzystam teraz w większości, a w zasadzie poza nielicznymi wyjątkami tylko i wyłącznie, na oczywiście Internet. Stosunek do reklam miałem przeniesiony z poprzednich mediów, więc też przy pierwszej możliwej okazji blokowałem je zawzięcie, coby nie przeszkadzały. Z większymi raczej sukcesami, upadały, a ja byłem przekonany, że bardzo dobrze, bo nie mam ochoty na wielkie, migające banery, filmy zasłaniające strony, czy cokolwiek próbującego odgrywać dźwięki.
Z czasem mój stosunek do reklam stał się znacznie przyjaźniejszy – odkryłem, że ich część jest robiona z pasją i wygrywają w rozmaitych kategoriach filmowych – interesowały innowacyjnym pomysłem, wykonaniem, może świetną animacją. Takie reklamy, z własnej i nieprzymuszonej woli, od jakiegoś czasu sam chętnie wyszukuję i oglądam, korzystając najczęściej z serwisu YouTube.
Poza tym, z czasem, gdy upowszechniły się reklamy Google Adsense w postaci nieinwazyjnych linków czy prostych reklam graficznych (ewentualne animacje wchodziły w grę tylko za wykorzystaniem prostych gifów, więc nie przeszkadzały w niczym), które coraz bardziej dostosowywały się do konkretnego internauty, zaczęły się nawet trafiać reklamy, które interesowały mnie tym, co reklamowały. Wierzcie mi, upowszechnienie się Adsense’ów to była dla mnie naprawdę spora zmiana w sieci, którą zresztą wiele firm podchwyciło, dzięki czemu dochodzimy już do czasów współczesnych.
W których reklama jest czymś interesującym, dobranym kontekstowo pod każdego użytkownika, dzięki czemu atrakcyjna nie tylko dla jej twórcy/dystrybutora, ale także internauty – mnie. Obecnie czytam blogi o reklamach (na przykład blog Mediafuna czy Eireny), wyłapuję ciekawe reklamy, które trafiają do mnie przez RSS z różnych serwisów, blipa czy poprzez inne drogi komunikacji, a wreszcie – sam ich szukam. I chociaż wciąż jest sporo takich, których znieść się nie da, to coraz więcej jest naprawdę takich, jakie chcę oglądać (podam jako prosty przykład bloczki AdTaily, z których dowiaduję się o ciekawych serwisach/blogach, których mogłem nie znać). Niesamowite – doszliśmy wręcz do momentu, w którym jako internauta, chcę mówić: „Dajcie mi reklamy!”, żebym mógł znaleźć więcej rzeczy, które mogą mnie zainteresować.
Kultura, Przemyślenia, Web 12 Komentarze
2
Tagi: Film,
Komiks,
wolverine,
x-men
Uwaga: Tekst zawiera ograniczone ilości spoilerów, nie powinny nikomu (zwłaszcza obeznanego z komiksami) zepsuć oglądania filmu, jednak jeśli ktoś nie toleruje zdradzania fabuły w żaden sposób, to lojalnie ostrzegam.

Marvel to firma z klasą. Po wielu latach walki z DC to oni zdołali naprawdę wyśmienicie odświeżyć swoje serie, wprowadzając linię Ultimate. Ponadto z hukiem weszli do Hollywoodu, wydając nowe adaptacje filmowe, które odnosiły praktycznie same sukcesy. Jako przykłady można wymienić Spider-Mana, cykl X-Men czy film Iron Man, które to pomimo całkiem sporych odstępstw od “kanonowej” linii fabularnej zdołały przypaść do gustu nawet ortodoksyjnym fanom (no dobra, tu być może jestem nazbyt optymistycznie nastawiony).
Obecnie w kinach można obejrzeć film zatytułowany “X-Men Origins: Wolverine” (w polskim tłumaczeniu artystycznie podmiono ‘Origins’ na ‘Geneza’), który, jak można łatwo wywnioskować, ma za zadanie opisać początki chyba najpopularniejszego z X-Menów, czyli właśnie Rosomaka.
Od razu przyznam się, że filmowa adaptacji postaci Logana przypadła mi do gustu. Bohater z bogatej rodziny żyje sobie w spokoju, aż dochodzi do tragedii i Wolvie wraz z bratem odkrywają w sobie utajnione moce – są mutantami, którym po części bliżej do zwierząt, niż ludzi. Jako wyrzutkowie dostają się do szeregów amerykańskiej armii, początkowo po prostu walcząc jako swojego rodzaju elitarne jednostki, następnie zaś wchodzą w skład grupy złożonej tylko z mutantów, przeznaczonej do zadań specjalnych – czyli głównie najtrudniejszych egzekucji. Przedstawienie bojowych przeżyć z najważniejszych bitew ludzkości od czasu narodzin obu braci, to sceny, które mogą się podobać najbardziej z całego filmu.
Po kolejnym zleconym morderstwie Logan stwierdza, że nie może dalej uczestniczyć w tym okrucieństwie – odchodzi, by zamieszkać w swojej ukochanej Kanadzie, nawet znalawszy parę dla siebie.
Oczywiście, w pewnym momencie sielanka zostaje przerwana, a Wolverine przystępuje do doskonale znanej każdemu fanowi Marvela życiowej przemiany, by wreszcie wyruszyć w świat w poszukiwaniu zemsty.
Cała historia jest w sporej części zgodna z kanonem komiksowym, a dodatkowo przedstawiona jest bardzo atrakcyjnie. Film przekazuje portret Rosomaka nie jako zgorzkniałego, starego twardziela, który widział już wszystko, ale człowieka, którego życiem targają same tragedie.

Trzeba jednak zarzucić filmowi, że scenarzyści próbowali najwyraźniej wcisnąć do niego aż za dużo materiału – to, co przedstawiłem, jest w zasadzie tylko rozbudowanym wstępem, a gdy dochodzi do prawdziwej akcji, to zasuwa ona naprawdę szybkim tempem. Nazbyt prędkim – trochę wątków zostało dość dramatycznie skróconych bądź/i uproszczonych. Mimo wszystko, fabuła daje radę, nawet jest ładnie zespolona z kinowymi X-Men.
Jeśli chodzi o grę aktorską i efekty specjalne, to w zasadzie nie mam zastrzeżeń – chociaż Hugh Jackman nie jest według mnie idealnym odtwórcą roli Wolviego, to wczuł się w niego i robi to dobrze. Reszta obsady, tak jak i efekty specjalne, też nie zawodzą, nic nie jest kiczowate, a szpony Logana sprawiają naprawdę potężne i groźne wrażenie.
Cały film jest dobrą rozrywką – szybką, efektowną, ale też na tyle rozbudowaną fabularnie, że osoby nieobeznane z uniwersum Marvela mogą się weń pogubić. Mam nadzieję, że w kolejnych częściach filmu (jeśli takowe powstaną, bo nie jestem pewien, jakie są założenia cyklu Origins) akcja będzie toczyła się wolniej i mniej wielowątkowo, a co za tym idzie, też trochę sensowniej.
Z perspektywy fana marvelowskiego uniwersum i postaci Rosomaka - polecam. “Wolverine” to przyjemny kawał rozbudowanego kina akcji. Można było go zrobić trochę lepiej, ale mimo wszystko to kolejna udana adaptacja komiksu.
Film, Kultura 2 Komentarze
2
Tagi: fallout,
Gry,
rpg,
torment
Zabawnie jest teraz obserwować kulturę graczy-fascynatów computer Role Playing Games – ale robi się to też z pewnym żalem, bo miłośnicy dobrej historii, godnej najlepszych książek, mają rację – od dawna nic podobnego się nie ukazało. Kiedyś mieliśmy Planescape: Torment, Baldur’s Gate, czy Fallouta – obecnie zaś mamy tylko ‘szarganie legend‘ i stosunkowo proste (jak na uprzednio nam serwowane tytuły) gry takie jak Mass Effect.
Mimo wszystko, erpegowa brać jest niezaspokojona i brutalna. Znajdują naruszania dawnych cnót w praktycznie każdym nowym cRPG’u, co jest aż groteskowe. Są nad zwyczaj konserwatywni – nie zniosą żadnej naleciałości z innych gatunków, a najchętniej widzieliby kontynuacje ukochanych gier w dwóch wymiarach i bez najmniejszych zmian w rozgrywce. Cóż, każdy szuka swoich bogów, których może czcić i bronić od odchyleń religijnych, bo jak wiadomo, zła wiara jest gorsza od braku wiary.

Bioware, jedna z najważniejszych obecnie firm tworzących cRPG’i, produkuje teraz grę Dragon Age: Origins, skądinąd zapowiadającą się całkiem nieźle - szykuje się drużynowa, klasyczna rozgrywka w świecie dark fantasy, wcale niepozbawiona interesujących wątków fabularnych. Oczywiście, “prawdziwie” erpegowcy nawet nie próbują w to wierzyć – dla nich gra i tak będzie zbyt “nowoczesna”.
Czarę goryczy przelał nowy trailer wypuszczony przez Bioware, prezentujący szybką i krwawą akcję z gry, uzupełnioną dodatkowo o… kawałek Marylina Mansona (“This is a new shit“). Muszę przyznać, że raz, że rozbudziło to we mnie adrenalinę, to dodatkowo rozbawiło – bo nie mam wątpliwości, że jest to rodzaj dowcipu od Age’owców. Tymczasem, oczywiście, erpegowcy podeszli do tego jak do zamachu stanu – filmik “przekonał ich”, że gra będzie jedną wielką nawalanką.
Mógłbym skomentować to po prostu tradycyjnym “lolem“, jednak po chwili zastanowienia przepełnił mnie smutek. Rozumiem erpegowców, sam wiele wieczorów spędziłem nad pasjonującymi historiami rodem ze światów fantasy, chętnie zagrałbym w nowego Baldura i marzę o kolejnej grze, której akcja usadowiona byłaby w świecie Planescape. Klasyczni fani cRPG nie potrafią się zasymilować z dzisiejszym światem i niestety na tym przegrywają, bo nie widać, żeby mieli dostać coś stworzonego naprawdę dla nich. Taka już wina trendów w branży – gry przepełnione akcją i adrenaliną sprzedają się nieporównywalnie od tytułów dla “myślicieli”.
Gry, Kultura, Przemyślenia 2 Komentarze
+
Tagi: imprezy
Pojawiłem się wczoraj z obywatelką Lan na “Miasteczku Europejskim” w okolicach Nowego Świata i powiem tyle, że chociaż wyjątkowo nie czułem się najlepiej w masach ludzi poruszających się jak mrówki w obie strony jednocześnie, pośród namiotów, ankieterów, telewizji, wszystkich niezmiernie zainteresowanych moimi poglądami dot. Unii, to za to zjadłem tanio świetną kanapkę w Subway’u (pierwszy raz) i byłem z niej bardzo zadowolony.

Ponadto wciąż zdaję matury, no może poza weekendem i kilkoma dniami. Zabawna ta cała feta jest, powiem Wam szczerze. Ale jeszcze mam dwa testy, przed którymi będzie można się zestresować.
Poza tym, zainstalowałem na pececie Windows 7 RC i jestem bardzo zadowolony. Chyba nawet przejdę na niego na stałe – chociaż raz po raz trafiam na jakieś problemy kompatybilności programów z systemem, to wciąż mam wrażenie, że bilans przyjemności korzystania z kompa wychodzi na plus.
I na koniec mała adnotacja: nie da się dzisiaj być aktywnym graczem i nie pykać w gry akcji. W czasie stosunkowo niedługim (czerwiec i lipiec) pojawią się tytuły takie chociażby jak Prototype i Call of Juarez: Więzy Krwi. Oba zdecydowanie wyzwolą ogromne dawki adrenaliny i będą prowadzić do totalnego zmęczenia i walenia serca – nie da się tego nie kochać!
Gry, Inne, Kultura, Przemyślenia Dodaj komentarz
6
Jak obiecałem, przedstawię dzisiaj elementy systemu/aplikacje, jakie spersonalizowałem przez dłuższy czas korzystania z komputera. Używany przeze mnie system to Windows XP, a ja tylko dodam adnotację, że gust nie pozostaje niezmienny, sporo rzeczy w wizerunku OS-a się nudzi, dlatego też wszystkie zmiany są jak najbardziej ruchome.

1 – Styl systemu
Jak dla mnie jest to rzecz najbardziej podstawowa i wręcz niezbędna dla każdego systemu, bo to co domyślne jest oklepane, nudkie i brzydkie. W XP/Viście mamy kilka dróg do modyfikacji tego elementu – używając programów takich jak WindowBlinds czy StyleXP, albo podmieniając odpowiednimi użytkami plik UX Theme i korzystaniu z plików z rozszerzeniem *.msstyles. Są to bardzo proste procesy – w przypadku WB i StyleXP polega to w zasadzie na pobraniu aplikacji i znalezieniu choćby na deviantarcie odpowiednich plików, tymczasem przy chęci do korzystania z plików msstyles musimy wpierw znaleźć odpowiedni podmieniacz – dla różnych wersji systemów są to różne programy, ale ogólnie rzecz biorąc można przyjąć, że dla XP trzeba szukać aplikacji “UXTheme Patcher“, tymczasem dla Visty jest to “VistaGlass“.
Styli szukamy w serwisie Deviantart bądź Customize.org. Cierpliwie i wytrwale. Wpływają one newralgicznie na cały system – obramowania, pasek zadań i menu start, czcionki… Dlatego też może być ciężko trafić na coś, co przypadnie nam do gustu.
Ja używam aktualnie stylu msstyles, a konkretnie udającego wizerunek linuksowego Gnome’a Clearlooks for Windows. Nie jest on idealny (czasami przywiesza mi pasek zadań :<), jednak jest bardzo ładny i minimalistyczny, jak na moje potrzeby. Uprzednio używałem z kolei przez bardzo długi czas różnych wariacji kolorystycznych stylu GuiStyle.

2 – Przeglądarka
Tak jak zapewne wielu z Was, przeglądarkę WWW mam odpaloną w zasadzie non-stop – tracenie czasu musi być przecież robione efektywnie. Wykorzystywanym przeze mnie kombajnem jest ociężały, ale ukochany Firefox.

Używany przeze mnie motyw dla lisa to “Vista on XP” (dla niebieskich strzałek ;), a z najważniejszych wtyczek mogę wymienić:
- Adblock Plus
- ColorZilla
- Compact Menu 2
- DownThemAll
- FaviniconizeTab
- Smart Bookmarks Bar
Dzięki nim nie mam zawracającego głowy paska menu, mam same ikonki oznaczające skróty do sporej ilości stron, jest ładnie i bezreklamowo. :)
3 – Komunikator
Tutaj już nie jest różowo – używam przestarzałego i nierozwijanego już Konnekta, który na dodatek przestał mi obsługiwać nawet Jabbera. Jednak jego wielką zaletę jest to, że osiągnąłem w nim wszystko, co możliwe, aby był przejrzysty i dostosowany do każdej zachcianki.

Nie jest to oczywiście wszystko, ale wymienione aplikacje to wszystko, co najbardziej kojarzy mi się z dostosowywaniem wyglądu. Niedługo będę testował Windows 7, tam też pewnie będzie trzeba wszystko pozmieniać… przy tej okazji dodatkowo wspomnę o wszelkich aplikacjach, jakich używam, a które już nie mają wyglądać. ;)
Oprogramowanie 6 Komentarze