+
Wiosna!
{ 02.05.2009, 10:00 }
Takie tam… a gdyby tylko nie ta “M” za chwilę…
6
Mamy na rynku dostępne spore ilości sensownych systemów operacyjnych przeznaczonych na komputery. Część jest przeznaczona do pracy tylko na konkretnych modelach pecetów, ale takich przeznaczonych ogólnie na desktopy, czyli komputery ‘domowe’ wciąż jest zaskakująco dużo. Wynikają z tego wojenki “co jest lepsze” – taka już jest natura ludzi, którzy za wszelką cenę chcą często udowodnić sobie i innym przy okazji, że ich wybór jest najlepszy z możliwych – tymczasem przecież sam wybór OS’a to w przypadku właściwie każdego użytkownika dopiero pierwszy, wcale nie najważniejszy krok.
Tym drugim jest personalizacja środowiska, które będzie służyć do pracy, rozrywki, rozwijania hobby, a często i tego wszystkiego naraz. Instalacja odpowiedniego oprogramowania, ustawianie wszystkich szczegółów po kolei to ciężka robota, o której jakby zdają się zapominać wszyscy ludzie mówiący “z czego ty korzystasz, system XX jest przecież zdecydowanie lepszy!!!111oneone!”. Ciężka robota, po której dopiero można mówić, że nasz komputer jest osobisty, bo może służyć tak, jak sobie tego życzymy.
W mediach często słychać, jakie drogie będzie dla firm “wdrożenie” nowego systemu na miejsce poprzedniego. Owo słówko oznacza nic innego jak właśnie dostosowanie OSa do potrzeb konkretnego miejsca pracy, a drogie to jest dlatego, że to naprawdę dużo roboty.
Personalizacją jest bardzo wiele rzeczy – najbardziej sztandarowymi są na przykład zmiana tapety czy stylu systemu na taki, który wydaje się nam przyjemniejszy do pracy. Oczywiście, nie wszyscy to robią – jednak bardzo wiele osób, dla których siedzenie przy komputerze jest czymś więcej niż czysto biurową pracą, czuje konieczność lekkiej zmiany środowiska.
To jednak dopiero ta mniej ważna strona modelu – wspominałem o instalacji oprogramowania, ale dochodzi jeszcze ustawianie w nich odpowiednich opcji. Zawsze jest tego multum – od loginu i hasła w komunikatorze czy kliencie poczty, do wyrzucenia przycisków z paska menu, poprzez zmianę skrótów klawiaturowych.
Dodatkowo nie jest to przecież skończona czynność, ale nieustająca. Wskutek tego po pewnym czasie mamy już pierdyliardy ustawień, kliknięć, wpisanych poleceń. O ile można obok płytki z systemem dorzucić drugą (i trzecią, i czwartą…) z programami, czy nawet uruchomić ich zdalną instalację z innego sprzętu w sieci domowej, o tyle tego wszystkiego nikt za nas nie zrobi. Linuksy mają swoje partycje /home, które sporą część personalizacji potrafią uratować przy zmianie OSa (oczywiście, tylko na innego -ksa), ale Windowsiarze mają do dyspozycji tylko rejestr i od… cholery plików konfiguracyjnych każdego programu, co bardzo utrudnia okiełznanie tego wszystkiego.
Dlatego problemem często nie jest nawet sama zmiana systemu, ale przeniesienie nań swoich ustawień. Niby można użyć jakichś kreatorów transferu, na przykład do takiej Visty – ale nigdy nie mamy pewności, ile to przeniesie, ile usunie, a ile zostawi, by zaśmiecało nowo postawiony system. Przydałaby się jakaś standaryzacja ustawień całego środowiska, przenoszalna pomiędzy systemami, ale to raczej pobożne życzenia.
Dlatego też pamiętajmy, że personalizacja środowiska to konieczna i droga robota – myślmy więc przy jakiejkolwiek zmianie, żeby nic nas potem nie bolało.
Za jakiś czas być może wrzucę chociaż używane przeze mnie aplikacje, tapety, etc, bo wiem, że takie rzeczy są często inspirujące i pomocne przy kreowaniu własnego środowiska.
8
Tagi: Internet, kryzys
Wiecie, dlaczego nigdy nie pisałem o polityce? Bo to jedna wielka głupota jest. Masa kłótni, kontrowersyjnych zmian, a zamiast najważniejszych ustaw wiadomości przepełnione są bzdetami w stylu „pan tu nie stał i stać tu pan nie będzie! Bo ja tu stoję!”.
Mam jednak wrażenie, że ostatnio ilość absurdu narasta. Przede wszystkim widoczna jest już od dłuższego czasu nagonka na „piractwo”, która w Szwecji dochodzi do kuriozalnego momentu, w którym koncerny mówią, że gdy prawo będzie przeciw nim, to będzie można je zmienić.
Absurd numer dwa. Polska, jeśli chodzi o Internet i zmiany związane z korzystaniem z niego, zawsze była opieszała, co miało i swoje dobre strony – nie było takich problemów, jakie obecnie dyskutowane są na szczeblach Unii Europejskiej, mianowicie możliwość wprowadzenia przez dostawców sieci „pakietów” na konkretne strony internetowe, jednocześnie blokując te niewykupione. Czyli sprowadzanie niesamowitego i niezwykle silnego medium przeznaczonego „dla ludzi” do poziomu telewizji, w której widoczne jest tylko to, co ktoś wyżej zatwierdzi. Cenzura pełną gębą.
Innym absurdem jest fakt, że w momencie ogólnoświatowego „kryzysu”, rozdmuchiwanego przez wszystkich, firmy zaczynają bankrutować, a wszystkie towary drożeją. Co za tym idzie z kolei, konsumenci kupują znacznie mniej. Nie wydaje mi się, by była to najlepsza droga do zwiększenia własnych zysków, w celu utrzymania kondycji…
Ja tymczasem niedługo przystępuję do egzaminu, który jest przestarzały, totalnie zamknięty na nowoczesne idee i jednocześnie jest koniecznym warunkiem dalszego życia w społeczeństwie.
Wszystkie te absurdy są tylko dowodem tego, że rządy obecnie nam panujących zaczynają interesować się tym, co prowadzi do ogromnych zmian na świecie. Tylko że próbują obejmować te media w taki sam sposób, w jaki okiełznywało się je kiedyś. Tymczasem nie jest to przecież droga! Dzisiejsze dobra kulturowe ukazują się i przechodzą przez świat jako dobra otwarte, a sam świat jako taki stał się niezwykle bliski dla każdego. Oczywiście, opanowanie tego wszystkiego to jedno z najtrudniejszych zadań, przed jakimi stoimy. Ale próba usunięcia, zablokowania w celu ułatwienia sobie problemu to najgorsza z możliwych dróg.
Wypowiedziałem się ogólnikowo, w tekście jednak podlinkowałem trochę artykułów– polecam je każdemu zainteresowanemu.
2
Tagi: filmy, Gry, riddick
Niedługo po premierze Pitch Black usłyszałem, że jest to dobry film. Zacząłem go oglądać… i szybko się nim znudziłem. Ale cóż, nie zawsze łatwo było łatwo się poznać na tym, co dobre.
Obecnie wprawdzie filmu (jeszcze) nie obejrzałem, to dorwałem ze starszego covera CD-Action grę Kroniki Riddicka: Ucieczka z Butcher Bay, która opowiada historię, dzięki której w późniejszych chronologicznie filmach postać grana przez Vina Diesela była tak sławna w jej świecie – tytułową ucieczkę z najgorszego z możliwych więzień w galaktyce. Historią zainteresowałem się już wcześniej, ale na starszym PC w pewnym momencie (wyjście na powierzchnię) rozgrywka straciła pozory płynności, dlatego też powróciłem do tytułu dopiero teraz.
Ucieczka to świetny przykład gry-filmu. Zaczynając od napisów początkowych, przechodząc przez robiące wrażenie sceny “do oglądania” i kończąc na samej, bardzo klimatycznej grze, cały czas mamy wrażenie, że siedzimy w takim dłuższym dziele kinowym. Naprawdę widać, że do scenariusza pchającego grę do przodu twórcy naprawdę się przyłożyli, dzięki czemu aż do końca jest się zachwyconym.
A cóż o samej historii można powiedzieć? Wyobraźcie sobie twardego macho o cholernie niskim głosie, który zasłynął jako uciekinier z rozmaitych więzień w całej galaktyce, który nie ma wyrzutów sumienia przy skręcaniu czyjegoś karku, jeśli tylko mu to pomoże w wydostaniu się na wolność. I teraz ten facet dostaje się do tak ostrego rygoru, że bardziej się nie da. I prędko, bez najmniejszych skrupułów, daje komu trzeba w mordę, przełazi przez system wentylacji, rozpętuje co chwila konieczne do wykonania jego roboty piekło, nieskończenie wielką ilość razy ociera się o śmierć, a przy tym wszystkim szyderczo się uśmiecha. Gra jest naprawdę “hollywoodzka”, a więzienie z Prison Break przy Butcher Bay to spacerniak bez straży. Zwiedzając to drugie pobawimy się zarówno w cichego zabójcę wbijającego śrubokręt w szyję, killera z karabinkiem czy strzelbą, a nawet wsiądziemy w… niee, to trzeba samemu zobaczyć.
To wszystko sprawia, że od początku do końca gry ani na chwilę nie da się zgubić klimatu, tylko zaskakuje się co chwilę, co ten Riddick wymyśla, żeby zwiać. Facet jest niezniszczalny – chociaż zadanie, jakie próbuje wykonać, jest wręcz niemożliwie trudne, to z naszą pomocą udaje mu się dobrnąć do końca, a on sam nawet się nie poci. Wierzcie mi, uczucie towarzyszące wcielaniu się tę postać jest naprawdę niesamowite.
Akurat ukazał się remake Ucieczki z Butcher Bay i kolejna część zarazem – The Chronicles of Riddick: Assault on Dark Athena - nie muszę chyba mówić, że zachęcam do kupna? Dawno tak pasjonującego filmu akcji, jakim jest ta gra, nie przeżyłem.
7
Tagi: Gry, kryzys
Ja wiem, że jest kryzys. I wiem, jak wielu rzeczy sięga, jak to zdrożało jedzenie, sprzęt, i tym podobne (czytaj: wszystko). Ja wiem, że jestem uczniak i nie jestem osobnikiem tracącym swoją pensję na content, więc z punktu widzenia producentów tegoż jestem klientem drugiej albo dalszej kategorii. Tym niemniej, jak widzę, jak mi zdrożały materiały, to mi się normalnie pistolet w kieszeni przeładowuje.
Mówię o grach, bo moje ulubione książki od Fabryki Słów jeszcze chyba poza ustalony pułap 30zł nie wychodzą (+ i tak raczej kupuję je niestety sporadycznie), a filmy zawsze były za drogie.
No i właśnie. Gry kosztują obecnie krocie. Mam wrażenie, że się cofnęliśmy do czasów sprzed jakichś dziesięciu lat, gdy hity wchodząc na polski rynek, oczywiście nietłumaczone, miały drakońskie ceny rzędu 170-200zł. Już wtedy to była masakra i kupowało się gier bardzo niewiele.
Po pewnym czasie jednak rynek się poprawił – gry zaczęły być tłumaczone i z racji tego, że nikt na zachodzie polskiego nie sprzeda, to były dostosowane do naszego kraju. Z czasem pojawiło się bardzo dużo tanich serii, aż wreszcie można było powiedzieć, że jest nieźle. Można było powiedzieć, że hitową nówkę kupi się za stówkę, inną nówkę za 50-80zł, a to wszystko stosunkowo szybko spadało do tańszych serii – dzięki czemu po roku to właśnie hity można było dostać za 30-50zł.
Tymczasem teraz komuś się w głowie poprzewracało. Zerknąłem do Empika, a tam co? Gry EA – Mirror’s Edge, Dead Space, na które poluję, pomimo dobrych kilku miesięcy od premiery kosztują 140zł. Ale Elektroniki były zawsze pod tym względem kiepskie. Popatrzmy dalej – Warhammer 40.000: Dawn of War 2. 140zł. Podobnie było z kilkoma innymi, świeższymi tytułami. Patrzyłem dalej – The Last Remnant – zdecydowanie nie hitowe, raczej średniej klasy japońskie cRPG – 140zł. Czy kogoś tutaj pochrzaniło?! Przecież w tej cenie to nawet fani nie kupią!
Dalej, nowa seria Cenegi – bodaj Premium Seller – serwisuje gry rzędu Bioshocka czy ostatniego Tomb Raidera za 70zł. Wszystko fajnie, ale są to tytuły, które z racji wieku bądź jakości ewidentnie aspirują do koszyka 40-50zł. A my dostajemy je 20-30zł drożej. Przy tym klasyki stały się dużo mniej atrakcyjne – taki CD Projekt od jakiegoś czasu rzuca do najtańszych serii tytuły zdecydowanie niższego sortu.
Powiem szczerze – przeraża mnie to. Ostatnio kupiłem jedynie nowego Prince’a, bo został wydany w miarę uczciwie, za okrągłe 100zł. Poza tym, nie kupiłbym żadnej nówki. Te ceny są poronione. Jeśli to ma być walka z piractwem – super, tylko na pewno nie w tą drogę. Bo o ile ludzie zapłacą 50zł za grę, to blisko 200 już nie. Sam takie sumy płacę tylko za gry Blizzarda – w przypadku innych gier czekam zawsze na obniżki.
Nie widuję też ostatnio żadnych edycji kolekcjonerskich – ale skoro ich ceny przejęły kartonowe pudełka z DVD i od-biedy-instrukcją, to nie ma się czego spodziewać, bo za 3 setki nikt ich dystrybuować nie będzie. Mam nadzieję, że to wszystko szybko się zmieni, bo to jakaś masakra jest.