3
Tagi: content,
twórczość
Pytanie zadane w temacie artykułu może wydawać się niezrozumiałe, aby jakoś je wyjaśnić, muszę przedstawić fragment moich poglądów dotyczących twórczości. Mianowicie, oddzielam tworzone dzieła (np. filmy, teksty, gry, etc) od rzeczy/sprzętu, którymi się je tworzy (to może być program, komputer jako taki, a także takie przyrządy jak kamera czy ołówek). Te pierwsze nazywam „contentem” (z ang. zawartością) i uważam je za najważniejsze dla ludzi dzisiejszego świata, pomijając osobiste kontakty, drugie zaś to tylko środki do osiągnięcia celu, jakim jest tworzenie. Jesteśmy konsumpcjonistami, a więc szukamy contentu – myślę, że można się łatwo z tą tezą zgodzić.
W tym momencie chciałbym powrócić do pytania z tytułu. Dostrzegamy bardzo wiele źródeł informacji dotyczących tego „jak coś zrobić” (nieistotne, co konkretnie), jednak waham się nad przypisaniem tego do contentu z prostego powodu – jest od niego jednak „mniej ważne” dla prostego użytkownika, który tylko konsumuje dobra ze społeczeństwa. Czyli człowieka, który w teorii jest najważniejszy w układzie tworzenia. Dlaczego? Bo takich ludzi jest najwięcej, a po informacje dotyczące tworzenia sięga tak naprawdę niezbyt duży ich odsetek.
Poza tym, to tak naprawdę dzięki contentowi życie się kręci. Ludzie chcą bodźców, chcą przeżyć, chcą wrażeń. Dostarczanych przez filmy, książki, czy wszelkie inne formy dystrybucji. Niekoniecznie chcą je tworzyć, zwłaszcza gdy pracują – bardzo często nad czymś dużo bardziej przyziemnym niż tworzenie contentu.
Mimo wszystko są jednak jednostki, które tworzą (co logiczne, bo bez nich w ogóle niczego by nie było). I one tworzą „sub-content”, czyli właśnie artykuły przeznaczone dla sobie podobnych, niemogący się równać popularnością z towarem „wyższego nurtu”.
Nie jestem przy tym wszystkim pewien, czy nie „chorują” oni (podobnie zresztą jak ja) na coś na kształt choroby twórczej, dociekliwej – wskutek czego np. programista gier rzadko skupia się tylko i wyłącznie na rozgrywce, ale też dogłębnie sprawdza „jak to działa”, zwraca uwagę na mechanizmy. Zapewne może się nią cieszyć, ale przez „zboczenie zawodowe” nie jest w stanie „aktywować się” na nią w stu procentach. Podobne przykłady można przytoczyć dla w zasadzie wszystkich zawodów, które coś tworzą.
Czy ludzie tworzący są więc normalni? I czy wspomniany wcześniej „sub-content”, przeznaczony tylko dla nich, można nazwać uczciwie towarem tego samego sortu, czym jest ten przeznaczony dla każdego?
Mam nadzieję, że przedstawiane przeze mnie zagadnienia są zrozumiałe. I proszę pamiętać, że nie interesuje mnie tutaj punkt widzenia marketingowca czy sprzedawcy „contentu”, ale odbiorcy i twórcy.
Przemyślenia 3 Komentarze
+
Tagi: casual,
Gry
Przykład gry prostej, lekkiej, przyjemnej: Mario Kart Wii.
Można twierdzić, że jest to dobre, można, że jest złe. Pozostaje to jednak faktem – prostsze gry ostatnimi czasy dramatycznie zdobywają popularność. Przyjęło się określać je nieprzetłumaczalnym mianem „casuali”, mającym oznaczać gwarancję prostej, niestresującej zabawy, której łatwo jest się nauczyć.
Ruch ten odnosi naprawdę rewelacyjne efekty – widać to na listach sprzedaży. Czy można więc wyciągnąć wniosek, że gracze nie chcą trudnych, skomplikowanych tytułów?
W zasadzie, można by się nad tym zastanowić. W końcu wracający do domu, zmęczeni po pracy ludzie, którzy wcześniej temu mieli czas i możliwości na nałogowe granie, teraz mogą już go nie mieć, wskutek czego sensowniejsze wydaje się wydawanie dla nich tytułów, w które będą mogli pograć z marszu, bez pośpiechu.
Jednak… nie w tym rzecz stoi. Gry casual stały się bardzo popularne, bo przyciągnęły do siebie wielu ludzi, którzy po prostu wcześniej nie grali wcale (albo grali bardzo małe). To oni nakręcają sprzedaż, są to chociażby gospodynie domowe klikające w Zumę czy małe dzieci, chcące prostych platformówek.
Mam wrażenie, że branża trochę opacznie to wszystko dostrzega. Wskutek powyższego producenci gier uznali, że nowoczesne gry muszą być upraszczane. Wszystkie, nie tylko casuale. Nieistotne przy tym jest, czy uznali tak dlatego, że gracze nie mają czasu, czy (co bardziej prawdopodobne) chcą trafić także z „dużymi”, dochodowymi markami do wspomnianych gospodyń. Grunt, że takie podejście jest błędne, bowiem „starzy” gracze dostają nie te tytuły, których oczekują. Zjawisko nie jest dramatyczne, jednak patrząc choćby na nowego Prince’a czy Fallouta widać, że postępuje i postępować będzie.
Branży trzeba szybko uświadomić, że to co jest przeznaczone dla wszystkich, może być tak naprawdę do nikogo, a utrata „profesjonalnych”, poświęcających na granie masę czasu graczy zaboli ich najbardziej.
Od zawsze dało się rozróżnić gry proste, mini (zręcznościówki dla dzieci, tzw. minigry, etc) od „dużych”, trudnych (sporo gier akcji, przede wszystkim strategie, cRPG etc). I mam nadzieję, że tak pozostanie – bo osobiście lubię obie rodzaje rozrywek – i taką, przy której mogę usiąść do gry na 15 minut, jak i taką, na którą poświęcam cały (ty)dzień. Nie chciałbym, żeby różnice pomiędzy nimi zanikły, jak sądzę, wielu podobnych mi graczy.
Gry, Przemyślenia Dodaj komentarz
6
Tagi: fanboy xbox x360 ps3 konsole pc
Tak zwany “fanboy” to człowiek nie chcący używać w dyskusji żadnych argumentów, zadeklarowany fan (albo nawet fanatyk) jakiejś marki, chwalący ją wszędzie gdzie popadnie, nieustępliwy w swoich “przekonaniach” nawet w momencie, gdy rozmówcy grożą usunięciem “bojownika” ze strony.
Kiedyś być może fanboystwo było na swój sposób zabawne, bo było ewenementem. Obecnie jednak jest zjawiskiem nader częstym i nader irytującym. Powiem szczerze – osobiście nie znoszę fanboyów i każdy przejaw ich zachowania ucinałbym z miejsca, najlepiej włącznie z głową rozmówcy.
Z czego wynika fanboystwo? Aby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba sięgnąć do elementarnego spostrzeżenia – fanatyczni fani jakiegoś produktu to zwykle… dzieciaki. Ni mniej ni więcej, ale ludzie młodzi, czy to zafascynowani kampanią jakieś produktu (i wskutek tego nim samym), czy też po prostu jego właściciele, chcący być pewni w stu procentach, że posiadana przez nich rzecz jest najlepsza ze wszystkich.
Być może łatwo byłoby żyć z takim przeświadczeniem, gdyby taki osobnik żył sam – jednak ludzie – nawet nałogowi fani czegokolwiek – są istotami stadnymi i, chcąc nie chcąc, spotykają się z innymi. Fanboye wśród szkolnych kolegów to jeszcze nie tragedia – po pierwsze, jest spora szansa, że koledzy mają taki sam produkt co my, a nawet jeśli nie, to dziecięce kłótnie raczej do niczego konkretnego nie doprowadzą. Ewentualne kilka siniaków też nie jest niczym strasznym…
Tyle, że dzisiejszy świat to także świat Internetu, pozornie anonimowy, w którym ludzie są co najmniej tak różni, ile jest możliwości komunikacji pomiędzy nimi. Czyli ogrom. Co gorsza, często ludzie nie są mili, co znaczy, że nie muszą się z nami zgadzać. Jak można na to pozwolić?
Fanboye są jak dla mnie (z racji branży, w której się głównie obracam) najbardziej widocznie w dziedzinie… rozrywki multimedialnej. Na rynku królują trzy maszyny do grania – klasyczny komputer i “next-genowe” PlayStation 3 i Xbox 360. Wskutek czego aż trzy “pola bitwy”…
Kiedyś zdecydowanie nie było tak widocznego tutaj problemu fanboystwa dzięki temu, że po pierwsze, zdecydowanie rządziły PC’ty, ponadto każda konsola miała swoje specyficzne gry, które miały swoich oddzielnych fanów – nie było punktu zapalającego dla konfliktów.
Tymczasem obecnie większość gier wydawana jest albo na wszystkie platformy, albo na tandem X360/PS3, ewentualnie PC/X360. Co prowadzi do tego, że ludzie muszą się kłócić, czyja konsola obsługuje gry najlepiej. Mamy tutaj zarówno odwieczny problem “lepsza jest zamknięta czy rozbudowywalna platforma”, jak i wiele nowych, w stylu “na PS3 jest lepsza rozdzielczość tu i tu”, a “na X-e mamy AA, którego brak u konkurencji”. Mogłoby się wydawać, że może królować tutaj komputer osobisty, który zawsze może mieć najwyższą rozdzielczość i efekty, ale prawa rynku nie pozwalają na taki prosty stan rzeczy, ograniczając wydawanie gier na poszczególne maszynki growe.
Młodzi ludzie często mają to do siebie, że jak już coś kupią/dostaną, to chcą być z tego stuprocentowo zadowoleni. Odbijają to sobie na utwierdzaniu w wyższości siebie i innych, jak już wspominałem. Problem byłby marginalny, ale niestety nie jest, gdyż coraz więcej osób stać na konkretne maszynki i coraz więcej osób “walczy” o ich “godność”.
Plaga fanboystwa jest przerażająca. W polskiej blogosferze zaraża coraz więcej serwisów – zjawisko to jest bardzo widoczne na przykład w blogach Grrr.pl należącym do Blomedii oraz w GameCornerze Agory. Co druga aktualność na tematy konsolowe (ale i nie tylko) jest dopadana przez ludzi, którzy wykorzystują sytuację i żrą się nawzajem. Wyklucza to jakąkolwiek dyskusję i zniechęca do jakiegokolwiek komentowania materiałów.
Dlatego też uważam, że fanboystwo należy tępić. Ostro i bez pardonu – ten problem wyrósł w tej skali dopiero teraz i powinien zostać rozwiązany jak najszybciej, bezkompromisowo, bo im bardziej się rozszerza, tym szybciej upada poziom dyskusji i rozmaitych rozmów. A tego nikt nie chce, prawda? Dlatego, nawet kosztem usuwania komentarzy i ucinania wątków apeluję o walkę z tym, co miejmy nadzieję, tylko mignęło i zaraz będzie można o tym zapomnieć.
Gry, Kultura, Przemyślenia 6 Komentarze
2
Tagi: anime,
ergo proxy,
manga,
neon genesis evangelion
Co jakiś czas nachodzą mnie rozterki na temat wspomnianego w tytule pytania – lepsza jest manga, czy może anime? Bo o ile w większości odwiecznych konfliktów można było zwykle powiedzieć “to są zupełnie inne rzeczy”, to w wyżej wspomnianym przypadku raczej tak łatwo nie pójdzie. Bo oba rodzaje form sztuki są ze sobą bardzo blisko związane.
Dlaczego stawiam takie pytanie? Z prostego powodu – finansowego. Wielokrotnie zastanawiam się, czy kupić tomik mangi, czy odpowiadające mu anime. Ciężko sobie pozwolić i na to, i na to (chociaż kiedyś mam w planach zafundowanie sobie pięknych, wypełnionych półeczek i tomikami, i DVD/Blu-rayami), dlatego trzeba wybierać.
Jak dla mnie podstawowym rozwiązaniem powyższej kwestii jest proste wyrażenie – lepsze jest to, co było pierwsze, bo adaptacje (prawie) zawsze są gorsze. Tą zależność ukazuje wiele serii – chociaż zasadniczo fabuła itd tak samo, to często jednak się czuje, że w pierwowzorze wyglądało to lepiej. A że pierwowzorami zwykle są mangi, z racji teoretycznie mniejszych kosztów produkcji – sprawa wydaje się prosta.
Przedstawiając założenie, że manga jest lepsza, trzeba przyjąć bardzo wiele czynników. Na przykład pomyślmy o tytułach, które w Polsce uważane są za treści dla dzieci – stosunkowo proste, ale przecież nie aż tak, Dragon Ball czy Naruto. W przypadku mangi tytuły te są naprawdę wciągające, mają w sobie wiele gagów, a w przypadku anime doszła taka kwestia jak… głosy. Piszczące dubbingi, małe dziewczynki w roli potężnych herosów – takie rzeczy skutecznie zepsują każde dzieło.
Gwoździem do trumny tutaj jest chociażby polskie tłumaczenie anime Naruto – bardziej skopać się tego nie dało. Ale jak się robi produkcję pod Cartoon Network…
Poza tym mangi zwykle są… ładniejsze od anime (pomijając kolorki, których z oczywistych powodów w komiksach nie ma). Szczegółowe rysunki wykonane przez prawdziwych artystów są zdecydowanie przyjemniejsze w odbiorze niż często zajechane konwersjami filmy.
Kolejną budzącą rozróżnienie cechą jest dynamika akcji. W przypadku japońskich komiksów nie jest to jednak sprawa oczywista z uwagi na to, że twórcy mang opanowali ogromne ilości technik przedstawiających ruch, dzięki czemu ich dzieła są wcale nie mniej żywe niż ich adaptacje filmowe.
Nie spieszyłbym się jednak z wydawaniem werdyktu. Bo w końcu adaptacje mogą iść także w drugą stronę i ukazują brakujące cechy mang.
Tutaj przytoczę dwie serie – Neon Genesis Evangelion i Ergo Proxy. Obie zostały wydane pierwowzorem jako animacje, a EP dodatkowo nie został, z tego co mi wiadomo, przekształcony na mangę.
Mimo wszystko chyba nawet nie powinny być. W przypadku NGE surowa koncepcja japońskiego komiksu zabiła widoczne w oryginale, kontastujące za sobą kolory, dodatkowo fabuła została trochę spłycona i pozbawiona wątków, a co gorsza… utracono muzykę i dźwięki. W żadnym innym dziele tak mi ich nie brakowało – w Evangelionie tak operowano tym, co słyszymy, że czytając później mangę słyszałem je w sobie.
Co do Ergo Proxy – dopiero zacząłem oglądać tą produkcję, więc powiem tylko tyle, że jest przepełniona efektami (prawdziwe “anime HD”) – niezależnie od tego, czy są to efekty 2D czy 3D, jest diabelnie dynamicznym anime i przedstawianym w taki sposób, że bardzo nie chciałbym prób spłycenia tego na białą kartkę. Zupełnie inny poziom akcji niż w przeciętnych m&a ma swoje konswekwencje.
Czyli mamy co najmniej kilka cech – niekonwencjonalne metody przedstawiania akcji, niemożliwe do odwozorowania w mangach, muzykę oraz dźwięki. Chociaż być może wygląda to trochę biednie, w dobrze zrealizowanych filmach potrafią one być decydujące.
W mojej opinii nie można jednoznacznie stwierdzić wyższości mangi nad anime albo odwrotnie. Wygrywa to dzieło, które jest pierwowzorem, niezależnie od formy. Wynika to z najstarszych praw rynku – nigdy żaden tytuł nie okazał się lepszy – albo choć tak samo dobry – jak oryginał. Tworzenie adaptacji jest trudne i ten, kto osiągnie jej wysoki poziom, na pewno zgarnie sławę i fortunę – zakładając, że jest to możliwe.
Wniosek? Ciężko to wszystko sprowadzić mimo wszystko do jednego punktu. Najlepiej jednak takiego konfliktu nie przeprowadzać i kupować to, co jest pierwsze. Czyżby wypadałoby więc połączyć półkę z mangami i anime w jedno? Być może. W końcu niekonwencjonalne podejście przy japońskich tytułach jest wręcz konieczne.
Film, Komiks, Literatura 2 Komentarze
2
Tagi: autoblogowanie,
znużenie
I drążę.
Od jakiegoś (dłuższego) czasu odczuwam spore zwątpienie i znużenie. Nie powiem „czym”, bo nie jest to takie proste – ogólnie rzecz biorąc można by powiedzieć, że życiem. Zapewne jest to stosunkowo normalne podczas w klasie maturalnej – po kiepskim liceum ma się kiepskie i niekoniecznie zachęcające wyniki, jest to kolejny już rok totalnego niewysypiania się (w święta budziłem się koło ~14 – ciekawe dokąd dojdzie ten zegar biologiczny) i nikt mi nie dał nawet roczku odpoczynku przed tym tzw. „najważniejszym egzaminem w życiu”.
Ale kwestia znużenia nie tyczy się, niestety, tylko i wyłącznie kwestii edukacyjnych. Jestem rozczarowany coraz większą ilością rzeczy – od własnego lenistwa, które przekracza wszelkie granice (zwalam to na ciągłe niewyspanie, ale długo nie da się nie odczuwać własnej wartości), po wynikające z niego jedynie malutkie postępy w projektach takich a owakich, przez ludzi, kobiety i inne takie miłostki czy wartości moje, które wesoło i jako-tako ustandardyzowane żyły sobie przez te naście lat wraz ze mną.
Od jakiegoś czasu bawią mnie jedynie… bodźce, bo bez nich coraz bardziej się zagrzebuję w ziemi i z niej nie wyłażę (czując się przy tym, rzecz jasna, coraz gorzej). Innymi słowy, wędruję na rozmaite imprezy w poszukiwania życia (ale życie daje kopa), szukam znajomości takich i owakich i staram się nie stronić od takich wydarzeń jak spotkanie Blipa czy wypad gdziekolwiek z kumplami, żeby się odkopać. Mimo wszystko, bodźce są krótkotrwałe i w obliczu coraz wyższych wymagań coraz bardziej rozczarowujące.
Złośliwi mogliby powiedzieć, że dojrzewam, bo jeszcze jestem młody i „całe życie przede mną”, ale po prawdzie, to już mam zdeczka tego dojrzewania trochę po dziurki w nosie.
PS: Notka ekshibicjonistyczna, bo pisanie w strukturze „co mnie interesuje, niech zainteresuje i was” też zaczyna mnie męczyć, nużyć i doprowadzać do zwątpienia. Ech, ech.
Przemyślenia 2 Komentarze