6
Tagi: anime,
gits

Już pierwszy Duch w pancerzu przedstawił się mi jako niezwykle ambitny, skłaniający do myślenia anime. Wydawać by się mogło, że kolejny film traktujący na temat potężnych cyborgów androidów działających dla rządu w świecie przyszłości nie może być odmienny od reszty, a jednak. Poprzez skupienie się nie tylko na samych zadaniach i akcji, ale przede wszystkim na przemyśleniach nad moralnością i odwiecznymi pytaniami takimi jak „czym jest życie” opracowane na podstawie mangi Masamune Shirow dzieło jest naprawdę niesamowite.
GITS2: Innocence (ang. niewinność) to druga część opowieści, zakończonej między innymi zniknięciem najbardziej zagubionej egzystencjalistycznie postaci, major Motoko Kusanagi (w jakich okolicznościach i dlaczego zniknęła, oczywiście nie zdradzę). Tym razem głównymi bohaterami jest cyborg android Bateau (były współpracownik major z Sekcji 9) i towarzyszący mu w akcjach w większej części ludzki policjant Togusa, którzy razem mają odkryć, co stoi za zabójstwami przeprowadzanymi przez wprowadzane na rynek androidy cyborgi „do towarzystwa”. Bo w tej sprawie wyraźnie widać jakieś drugie dno… Obaj bohaterowie nie wiedzą, dokąd całe śledztwo ich doprowadzi i jak bardzo zdarzenia, które będą miały miejsce, będą na nich oddziaływały.
Poza naprawdę niesamowitą fabułą i akcją tytuł zwrócił na mnie uwagę graficznie – jest to pierwsze anime, w którym zauważyłem totalną syntezę klasycznych animacji 2D i efektów trójwymiarowych, na każdym etapie. Po zastanowieniu i pozachwycaniu się efektami stwierdzam, że zdecydowanie jest to atrakcyjniejsze dla widza, jednak mniejsza niż w wykonywanych „klasycznie” tytułach CG szczegółowość modeli trochę gryzła, poza tym, niestety, po dłuższych scenach trójwymiarowych postacie wydawały mi się nienaturalnie płaskie. Tym niemniej technika robi ogromne wrażenie, zwłaszcza że miałem przyjemność oglądać film w rozdzielczości 1080p.
GITS, GITS2 a zapewne też serial GITS: SAC to moim zdaniem absolutne klasyki gatunku anime. Niesamowity, mroczny i ponury świat przyszłości, wiele odwołań do antycznych filozofów czy Biblii, wszechobecna mistyka i trudne pytania, jakie zadają przekonuje mnie, że to nie jest jedna z wielu bajeczek, ale próba zastanowienia się nad czymś zdecydowanie głębszym. Mam tylko jedno zastrzeżenie co do GITS’ów – miejscami bywają wręcz nudne, gdyż akcja jest tutaj prowadzona spokojnie, bez pośpiechu, każda scena, każda ważna barwa jest dokładnie zarysowana. Taka jest jednak ich specyfika i zdecydowanie zachęcam każdego do obejrzenia.
Film 6 Komentarze
+
Tagi: g2bp

Obstawiajcie. A ja pomyślę nad skanerem ;)
Komiks Dodaj komentarz
3
Tagi: content,
twórczość
Pytanie zadane w temacie artykułu może wydawać się niezrozumiałe, aby jakoś je wyjaśnić, muszę przedstawić fragment moich poglądów dotyczących twórczości. Mianowicie, oddzielam tworzone dzieła (np. filmy, teksty, gry, etc) od rzeczy/sprzętu, którymi się je tworzy (to może być program, komputer jako taki, a także takie przyrządy jak kamera czy ołówek). Te pierwsze nazywam „contentem” (z ang. zawartością) i uważam je za najważniejsze dla ludzi dzisiejszego świata, pomijając osobiste kontakty, drugie zaś to tylko środki do osiągnięcia celu, jakim jest tworzenie. Jesteśmy konsumpcjonistami, a więc szukamy contentu – myślę, że można się łatwo z tą tezą zgodzić.
W tym momencie chciałbym powrócić do pytania z tytułu. Dostrzegamy bardzo wiele źródeł informacji dotyczących tego „jak coś zrobić” (nieistotne, co konkretnie), jednak waham się nad przypisaniem tego do contentu z prostego powodu – jest od niego jednak „mniej ważne” dla prostego użytkownika, który tylko konsumuje dobra ze społeczeństwa. Czyli człowieka, który w teorii jest najważniejszy w układzie tworzenia. Dlaczego? Bo takich ludzi jest najwięcej, a po informacje dotyczące tworzenia sięga tak naprawdę niezbyt duży ich odsetek.
Poza tym, to tak naprawdę dzięki contentowi życie się kręci. Ludzie chcą bodźców, chcą przeżyć, chcą wrażeń. Dostarczanych przez filmy, książki, czy wszelkie inne formy dystrybucji. Niekoniecznie chcą je tworzyć, zwłaszcza gdy pracują – bardzo często nad czymś dużo bardziej przyziemnym niż tworzenie contentu.
Mimo wszystko są jednak jednostki, które tworzą (co logiczne, bo bez nich w ogóle niczego by nie było). I one tworzą „sub-content”, czyli właśnie artykuły przeznaczone dla sobie podobnych, niemogący się równać popularnością z towarem „wyższego nurtu”.
Nie jestem przy tym wszystkim pewien, czy nie „chorują” oni (podobnie zresztą jak ja) na coś na kształt choroby twórczej, dociekliwej – wskutek czego np. programista gier rzadko skupia się tylko i wyłącznie na rozgrywce, ale też dogłębnie sprawdza „jak to działa”, zwraca uwagę na mechanizmy. Zapewne może się nią cieszyć, ale przez „zboczenie zawodowe” nie jest w stanie „aktywować się” na nią w stu procentach. Podobne przykłady można przytoczyć dla w zasadzie wszystkich zawodów, które coś tworzą.
Czy ludzie tworzący są więc normalni? I czy wspomniany wcześniej „sub-content”, przeznaczony tylko dla nich, można nazwać uczciwie towarem tego samego sortu, czym jest ten przeznaczony dla każdego?
Mam nadzieję, że przedstawiane przeze mnie zagadnienia są zrozumiałe. I proszę pamiętać, że nie interesuje mnie tutaj punkt widzenia marketingowca czy sprzedawcy „contentu”, ale odbiorcy i twórcy.
Przemyślenia 3 Komentarze
+
Tagi: casual,
Gry
Przykład gry prostej, lekkiej, przyjemnej: Mario Kart Wii.
Można twierdzić, że jest to dobre, można, że jest złe. Pozostaje to jednak faktem – prostsze gry ostatnimi czasy dramatycznie zdobywają popularność. Przyjęło się określać je nieprzetłumaczalnym mianem „casuali”, mającym oznaczać gwarancję prostej, niestresującej zabawy, której łatwo jest się nauczyć.
Ruch ten odnosi naprawdę rewelacyjne efekty – widać to na listach sprzedaży. Czy można więc wyciągnąć wniosek, że gracze nie chcą trudnych, skomplikowanych tytułów?
W zasadzie, można by się nad tym zastanowić. W końcu wracający do domu, zmęczeni po pracy ludzie, którzy wcześniej temu mieli czas i możliwości na nałogowe granie, teraz mogą już go nie mieć, wskutek czego sensowniejsze wydaje się wydawanie dla nich tytułów, w które będą mogli pograć z marszu, bez pośpiechu.
Jednak… nie w tym rzecz stoi. Gry casual stały się bardzo popularne, bo przyciągnęły do siebie wielu ludzi, którzy po prostu wcześniej nie grali wcale (albo grali bardzo małe). To oni nakręcają sprzedaż, są to chociażby gospodynie domowe klikające w Zumę czy małe dzieci, chcące prostych platformówek.
Mam wrażenie, że branża trochę opacznie to wszystko dostrzega. Wskutek powyższego producenci gier uznali, że nowoczesne gry muszą być upraszczane. Wszystkie, nie tylko casuale. Nieistotne przy tym jest, czy uznali tak dlatego, że gracze nie mają czasu, czy (co bardziej prawdopodobne) chcą trafić także z „dużymi”, dochodowymi markami do wspomnianych gospodyń. Grunt, że takie podejście jest błędne, bowiem „starzy” gracze dostają nie te tytuły, których oczekują. Zjawisko nie jest dramatyczne, jednak patrząc choćby na nowego Prince’a czy Fallouta widać, że postępuje i postępować będzie.
Branży trzeba szybko uświadomić, że to co jest przeznaczone dla wszystkich, może być tak naprawdę do nikogo, a utrata „profesjonalnych”, poświęcających na granie masę czasu graczy zaboli ich najbardziej.
Od zawsze dało się rozróżnić gry proste, mini (zręcznościówki dla dzieci, tzw. minigry, etc) od „dużych”, trudnych (sporo gier akcji, przede wszystkim strategie, cRPG etc). I mam nadzieję, że tak pozostanie – bo osobiście lubię obie rodzaje rozrywek – i taką, przy której mogę usiąść do gry na 15 minut, jak i taką, na którą poświęcam cały (ty)dzień. Nie chciałbym, żeby różnice pomiędzy nimi zanikły, jak sądzę, wielu podobnych mi graczy.
Gry, Przemyślenia Dodaj komentarz
6
Tagi: fanboy xbox x360 ps3 konsole pc
Tak zwany “fanboy” to człowiek nie chcący używać w dyskusji żadnych argumentów, zadeklarowany fan (albo nawet fanatyk) jakiejś marki, chwalący ją wszędzie gdzie popadnie, nieustępliwy w swoich “przekonaniach” nawet w momencie, gdy rozmówcy grożą usunięciem “bojownika” ze strony.
Kiedyś być może fanboystwo było na swój sposób zabawne, bo było ewenementem. Obecnie jednak jest zjawiskiem nader częstym i nader irytującym. Powiem szczerze – osobiście nie znoszę fanboyów i każdy przejaw ich zachowania ucinałbym z miejsca, najlepiej włącznie z głową rozmówcy.
Z czego wynika fanboystwo? Aby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba sięgnąć do elementarnego spostrzeżenia – fanatyczni fani jakiegoś produktu to zwykle… dzieciaki. Ni mniej ni więcej, ale ludzie młodzi, czy to zafascynowani kampanią jakieś produktu (i wskutek tego nim samym), czy też po prostu jego właściciele, chcący być pewni w stu procentach, że posiadana przez nich rzecz jest najlepsza ze wszystkich.
Być może łatwo byłoby żyć z takim przeświadczeniem, gdyby taki osobnik żył sam – jednak ludzie – nawet nałogowi fani czegokolwiek – są istotami stadnymi i, chcąc nie chcąc, spotykają się z innymi. Fanboye wśród szkolnych kolegów to jeszcze nie tragedia – po pierwsze, jest spora szansa, że koledzy mają taki sam produkt co my, a nawet jeśli nie, to dziecięce kłótnie raczej do niczego konkretnego nie doprowadzą. Ewentualne kilka siniaków też nie jest niczym strasznym…
Tyle, że dzisiejszy świat to także świat Internetu, pozornie anonimowy, w którym ludzie są co najmniej tak różni, ile jest możliwości komunikacji pomiędzy nimi. Czyli ogrom. Co gorsza, często ludzie nie są mili, co znaczy, że nie muszą się z nami zgadzać. Jak można na to pozwolić?
Fanboye są jak dla mnie (z racji branży, w której się głównie obracam) najbardziej widocznie w dziedzinie… rozrywki multimedialnej. Na rynku królują trzy maszyny do grania – klasyczny komputer i “next-genowe” PlayStation 3 i Xbox 360. Wskutek czego aż trzy “pola bitwy”…
Kiedyś zdecydowanie nie było tak widocznego tutaj problemu fanboystwa dzięki temu, że po pierwsze, zdecydowanie rządziły PC’ty, ponadto każda konsola miała swoje specyficzne gry, które miały swoich oddzielnych fanów – nie było punktu zapalającego dla konfliktów.
Tymczasem obecnie większość gier wydawana jest albo na wszystkie platformy, albo na tandem X360/PS3, ewentualnie PC/X360. Co prowadzi do tego, że ludzie muszą się kłócić, czyja konsola obsługuje gry najlepiej. Mamy tutaj zarówno odwieczny problem “lepsza jest zamknięta czy rozbudowywalna platforma”, jak i wiele nowych, w stylu “na PS3 jest lepsza rozdzielczość tu i tu”, a “na X-e mamy AA, którego brak u konkurencji”. Mogłoby się wydawać, że może królować tutaj komputer osobisty, który zawsze może mieć najwyższą rozdzielczość i efekty, ale prawa rynku nie pozwalają na taki prosty stan rzeczy, ograniczając wydawanie gier na poszczególne maszynki growe.
Młodzi ludzie często mają to do siebie, że jak już coś kupią/dostaną, to chcą być z tego stuprocentowo zadowoleni. Odbijają to sobie na utwierdzaniu w wyższości siebie i innych, jak już wspominałem. Problem byłby marginalny, ale niestety nie jest, gdyż coraz więcej osób stać na konkretne maszynki i coraz więcej osób “walczy” o ich “godność”.
Plaga fanboystwa jest przerażająca. W polskiej blogosferze zaraża coraz więcej serwisów – zjawisko to jest bardzo widoczne na przykład w blogach Grrr.pl należącym do Blomedii oraz w GameCornerze Agory. Co druga aktualność na tematy konsolowe (ale i nie tylko) jest dopadana przez ludzi, którzy wykorzystują sytuację i żrą się nawzajem. Wyklucza to jakąkolwiek dyskusję i zniechęca do jakiegokolwiek komentowania materiałów.
Dlatego też uważam, że fanboystwo należy tępić. Ostro i bez pardonu – ten problem wyrósł w tej skali dopiero teraz i powinien zostać rozwiązany jak najszybciej, bezkompromisowo, bo im bardziej się rozszerza, tym szybciej upada poziom dyskusji i rozmaitych rozmów. A tego nikt nie chce, prawda? Dlatego, nawet kosztem usuwania komentarzy i ucinania wątków apeluję o walkę z tym, co miejmy nadzieję, tylko mignęło i zaraz będzie można o tym zapomnieć.
Gry, Kultura, Przemyślenia 6 Komentarze