8
Tagi: Internet,
kryzys
Wiecie, dlaczego nigdy nie pisałem o polityce? Bo to jedna wielka głupota jest. Masa kłótni, kontrowersyjnych zmian, a zamiast najważniejszych ustaw wiadomości przepełnione są bzdetami w stylu „pan tu nie stał i stać tu pan nie będzie! Bo ja tu stoję!”.
Mam jednak wrażenie, że ostatnio ilość absurdu narasta. Przede wszystkim widoczna jest już od dłuższego czasu nagonka na „piractwo”, która w Szwecji dochodzi do kuriozalnego momentu, w którym koncerny mówią, że gdy prawo będzie przeciw nim, to będzie można je zmienić.
Absurd numer dwa. Polska, jeśli chodzi o Internet i zmiany związane z korzystaniem z niego, zawsze była opieszała, co miało i swoje dobre strony – nie było takich problemów, jakie obecnie dyskutowane są na szczeblach Unii Europejskiej, mianowicie możliwość wprowadzenia przez dostawców sieci „pakietów” na konkretne strony internetowe, jednocześnie blokując te niewykupione. Czyli sprowadzanie niesamowitego i niezwykle silnego medium przeznaczonego „dla ludzi” do poziomu telewizji, w której widoczne jest tylko to, co ktoś wyżej zatwierdzi. Cenzura pełną gębą.
Innym absurdem jest fakt, że w momencie ogólnoświatowego „kryzysu”, rozdmuchiwanego przez wszystkich, firmy zaczynają bankrutować, a wszystkie towary drożeją. Co za tym idzie z kolei, konsumenci kupują znacznie mniej. Nie wydaje mi się, by była to najlepsza droga do zwiększenia własnych zysków, w celu utrzymania kondycji…
Ja tymczasem niedługo przystępuję do egzaminu, który jest przestarzały, totalnie zamknięty na nowoczesne idee i jednocześnie jest koniecznym warunkiem dalszego życia w społeczeństwie.
Wszystkie te absurdy są tylko dowodem tego, że rządy obecnie nam panujących zaczynają interesować się tym, co prowadzi do ogromnych zmian na świecie. Tylko że próbują obejmować te media w taki sam sposób, w jaki okiełznywało się je kiedyś. Tymczasem nie jest to przecież droga! Dzisiejsze dobra kulturowe ukazują się i przechodzą przez świat jako dobra otwarte, a sam świat jako taki stał się niezwykle bliski dla każdego. Oczywiście, opanowanie tego wszystkiego to jedno z najtrudniejszych zadań, przed jakimi stoimy. Ale próba usunięcia, zablokowania w celu ułatwienia sobie problemu to najgorsza z możliwych dróg.
Wypowiedziałem się ogólnikowo, w tekście jednak podlinkowałem trochę artykułów– polecam je każdemu zainteresowanemu.
Kultura, Przemyślenia 8 Komentarze
7
Tagi: Gry,
kryzys
Ja wiem, że jest kryzys. I wiem, jak wielu rzeczy sięga, jak to zdrożało jedzenie, sprzęt, i tym podobne (czytaj: wszystko). Ja wiem, że jestem uczniak i nie jestem osobnikiem tracącym swoją pensję na content, więc z punktu widzenia producentów tegoż jestem klientem drugiej albo dalszej kategorii. Tym niemniej, jak widzę, jak mi zdrożały materiały, to mi się normalnie pistolet w kieszeni przeładowuje.
Mówię o grach, bo moje ulubione książki od Fabryki Słów jeszcze chyba poza ustalony pułap 30zł nie wychodzą (+ i tak raczej kupuję je niestety sporadycznie), a filmy zawsze były za drogie.
No i właśnie. Gry kosztują obecnie krocie. Mam wrażenie, że się cofnęliśmy do czasów sprzed jakichś dziesięciu lat, gdy hity wchodząc na polski rynek, oczywiście nietłumaczone, miały drakońskie ceny rzędu 170-200zł. Już wtedy to była masakra i kupowało się gier bardzo niewiele.
Po pewnym czasie jednak rynek się poprawił – gry zaczęły być tłumaczone i z racji tego, że nikt na zachodzie polskiego nie sprzeda, to były dostosowane do naszego kraju. Z czasem pojawiło się bardzo dużo tanich serii, aż wreszcie można było powiedzieć, że jest nieźle. Można było powiedzieć, że hitową nówkę kupi się za stówkę, inną nówkę za 50-80zł, a to wszystko stosunkowo szybko spadało do tańszych serii – dzięki czemu po roku to właśnie hity można było dostać za 30-50zł.
Tymczasem teraz komuś się w głowie poprzewracało. Zerknąłem do Empika, a tam co? Gry EA – Mirror’s Edge, Dead Space, na które poluję, pomimo dobrych kilku miesięcy od premiery kosztują 140zł. Ale Elektroniki były zawsze pod tym względem kiepskie. Popatrzmy dalej – Warhammer 40.000: Dawn of War 2. 140zł. Podobnie było z kilkoma innymi, świeższymi tytułami. Patrzyłem dalej – The Last Remnant – zdecydowanie nie hitowe, raczej średniej klasy japońskie cRPG – 140zł. Czy kogoś tutaj pochrzaniło?! Przecież w tej cenie to nawet fani nie kupią!
Dalej, nowa seria Cenegi – bodaj Premium Seller – serwisuje gry rzędu Bioshocka czy ostatniego Tomb Raidera za 70zł. Wszystko fajnie, ale są to tytuły, które z racji wieku bądź jakości ewidentnie aspirują do koszyka 40-50zł. A my dostajemy je 20-30zł drożej. Przy tym klasyki stały się dużo mniej atrakcyjne – taki CD Projekt od jakiegoś czasu rzuca do najtańszych serii tytuły zdecydowanie niższego sortu.
Powiem szczerze – przeraża mnie to. Ostatnio kupiłem jedynie nowego Prince’a, bo został wydany w miarę uczciwie, za okrągłe 100zł. Poza tym, nie kupiłbym żadnej nówki. Te ceny są poronione. Jeśli to ma być walka z piractwem – super, tylko na pewno nie w tą drogę. Bo o ile ludzie zapłacą 50zł za grę, to blisko 200 już nie. Sam takie sumy płacę tylko za gry Blizzarda – w przypadku innych gier czekam zawsze na obniżki.
Nie widuję też ostatnio żadnych edycji kolekcjonerskich – ale skoro ich ceny przejęły kartonowe pudełka z DVD i od-biedy-instrukcją, to nie ma się czego spodziewać, bo za 3 setki nikt ich dystrybuować nie będzie. Mam nadzieję, że to wszystko szybko się zmieni, bo to jakaś masakra jest.
Gry, Kultura 7 Komentarze